Przy okazji ostatniego zamówienia na iHerb wrzuciłam do koszyka produkt, który interesował mnie już dawno, a jakoś nigdy nie było okazji go kupić. Mowa o cieniach transformujących od e.l.f. czyli Eye Transformer.
Zamówiłam, przyszły i nie mogłam się zdecydować czy otworzyć, czy rzeczywiście je chcę, czy jednak nie i puścić w świat. W końcu ciekawość wygrała i zdecydowałam się je pomacać.
Zapakowane w standardową kasetkę z porządnego plastiku z małym lusterkiem i szybką, dzięki czemu widać co jest w środku. Całość przychodzi w czarnym kartoniku. Koszt 3$ lub około 20zł.
Nie są to zwykłe cienie do powiek, a raczej produkt wykańczający i właśnie transformujący. Nałożone solo na powiekę, najlepiej z bazą, bo bez niej giną, bez odpowiedniego światła są niewidoczne. W dobrym świetle pięknie błyszczą i mienią się na różne kolory: jasną zieleń, żółty, róż i błękit / fiolet.
Nałożone na cienie bez światła są praktycznie niewidoczne, natomiast gdy załapią się na kilka promyków słońca, to pokazują cały swój urok. Mienią się na śliczne jasne kolory, ładnie rozświetlają i opalizują.
Na powyższym zdjęciu nałożyłam je na różne kosmetyki, a najlepszy efekt widać, gdy spojrzycie na ekran trochę od dołu :) Od lewej do prawej nałożyłam je kolejno na: czarną kredkę Essence, czarny matowy cień z palety Sleek bez bazy, cień w kremie Maybelline Color Tattoo w kolorze Permament Taupe, na samą bazę Ingrid oraz na gołą rękę.
Jak widać, na gołej dłoni są praktycznie niewidoczne, za to najlepszy efekt dają na mocnych, ciemnych kolorach. Ostatnio próbowałam je nałożyć na sam cień w kremie MAC Painterly, głównie w wewnętrzny kącik i bardzo mi się podobają w takim wydaniu.
Na ostatnim zdjęciu słabo z ostrością, ale możecie zobaczyć, jak opalizują w słońcu i są prawie niewidoczne z drugiej strony, gdzie nie ma bezpośredniego światła.







