Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą peeling. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 8 maja 2014

Under shower, czyli mini recenzje produktów pod prysznic

Może zwróciliście uwagę, że na moim blogu w ogóle nie pojawiają się recenzje produktów typu szampon czy żel pod prysznic. W moim odczuciu kosmetyki tego typu mają tylko oczyszczać i nie szkodzić, więc póki nie będzie wielkiego hitu, o co w kwestii właśnie żelu czy szamponu raczej trudno, lub wielkiej porażki, nie zamierzam im poświęcać całego postu. Jednak oczywiście regularnie oczyszczam i peelinguję swoją skórę, więc zapraszam Was na zbiorczą recenzję produktów, które w mojej łazience są zawsze oraz jednej nowości, która zapowiada się zaskakująco dobrze :)


Podstawą są dla mnie żele pod prysznic, które mają oczyszczać, ładnie się pienić, nie wysuszać, a do tego ładnie pachnieć. Jak widać moim faworytem jest marka Balea ;) Te żele nie przesuszają mojej skóry, mają niesamowite zapachy i śmieszną cenę 0,65 - 0,95€, a do tego ciągłe edycje limitowane, więc nie sposób się nimi znudzić. Ten po prawej to wersja kremowa, wzbogacona olejkami, która rzeczywiście jest delikatniejsza od podstawowej. Poza nimi próbowałam również świetnych olejków pod prysznic oraz żeli z solą morską (?), które możecie zobaczyć tutaj. Z polskich marek uwielbiam dwufazowy olejek pod prysznic Joanna, po którym mam oczywiście złudne uczucie nawilżenia, a skóra w ogóle nie jest ściągnięta.


Nigdy w życiu nie używałam zwykłych peelingów do ciała. Zamiast nich stawiam na rękawice lub gąbki peelingujące, które używam praktycznie za każdym razem do mycia ciała zwykłym żelem. Poza tym lubię czasami wzmocnić efekt zdzierania i użyć żelu z peelingiem, najczęściej również od Balea. Ich ceny wahają się w okolicach 1€, mają sensowne, ale nieszkodliwe drobinki peelingujące, a do tego oczywiście bajecznie pachną.
Natomiast moim ostatnim odkryciem, które skłoniło mnie do tego postu, jest mój pierwszy peeling z solą z Morza Martwego o zapachu trawy cytrynowej, czyli Balea Totes Meer Salz Ol Peeling. 


Peeling jest porządnym zdzierakiem, chociaż mnie krzywdy nie zrobił, o fajnym krótkim składzie i świetnym zapachu. Po jego użyciu nie potrzebowałam dodatkowego nawilżenia, bo czułam się jakbym już nałożyła oliwkę lub inne olejki. Nie jest to produkt bez wad. Po pierwsze większość olejków w opakowaniu wypłynęła na wierzch, pozostawiając na spodzie mocno zbitą warstwę soli, przez co trzeba go na początek lekko wydrapać. Dla niektórych wadą może być też pozostałość tłustej warstwy, którą trzeba z siebie zmyć, albo wytrzeć w ręcznik, co mnie akurat pasuje, bo zawsze lubiłam nakładać oliwki na mokre ciało. Na koniec jeszcze jeden plus, czyli cena, w okolicach 3€. 

Chętnie poczytam jakie produkty zawsze można znaleźć pod Waszym prysznicem i jakich peelingów używacie :)

środa, 19 marca 2014

Mały chemik ;)

Z tym postem miałam poczekać. 
Potestować, pobawić się i dopiero pochwalić, ale jestem tak nakręcona tematem, że nie chcę dłużej czekać, tylko od razu pokazać Wam co wczoraj robiłam przez całe popołudnie.

Zgadniecie co to?
Głównym sprawcą zamieszania jest (długo, za długo) wyczekiwana paczka z Zrób sobie krem z kilkoma półproduktami. Zamówiłam przede wszystkim glinki, bo to nimi w najbliższym czasie zamierzam myć twarz, kilka olejków, coś do ścierania i kwas hialuronowy, na który polowałam już od dawna. Wyciągnęłam nawet mój dawno nieużywany fartuch z laborek, bo jak się bawić to porządnie ;) zgromadziłam pół stołu różnych substratów i zaczęłam mieszać.

Większość zamówienia
Zaczęłam od peelingu do ciała. Cukier, odrobina soli, peeling z nasion maliny i odrobina ze skały wulkanicznej oraz oczywiście kawa, a do tego olej kokosowy jako baza i kilka innych olejków dla zmiękczenia formy. 


Całość wymieszałam i przełożyłam do foremek na babeczki, które umieściłam na kilka minut w lodówce, żeby olej kokosowy szybciej skrystalizował do formy stałej.


Po chwili wyciągnęłam je z lodówki, zanurzyłam formę na kilka sekund w gorącej wodzie i uzyskałam moje peelingujące babeczki.


Jedna sztuka wystarczyła mi na jedno użycie na całe ciało. W kontakcie ze skórą babeczka bardzo łatwo się stopiła ze względu na dodatek płynnych olejków, co niestety znacząco wpływa na słabą wydajność, ale pozytywnie na praktyczność takiej kostki :) Peeling jest bardzo wygodny i całkiem ostry. Pięknie wygładza skórę pozostawiając tłustą warstwę, która bez problemu schodzi podczas kąpieli. U mnie taka mieszanka sprawdziła się lepiej niż peeling z samej kawy, a do tego użycie było dużo bardziej komfortowe, mniej sprzątania i lepszy efekt, również pod względem nawilżenia.


Jako następne ukręciłam peelingi do ust. Na bazie cukru, z dodatkiem miodu, oliwy, olejku rycynowego i arganowego. Bardzo ładnie wygładzają usta, nie są zbyt ostre i całkiem dobre w smaku, co sprawdziłam przez przypadek ;) Po ich użyciu potrzebowałam balsamu do ust, więc jeszcze popróbuję z ilością i rodzajem olejków.


Na koniec mój hit, czyli pasta peelingująca do twarzy. Początkowo miałam stworzyć coś podobnego do czyścika Lush na bazie migdałów, ale moje opakowanie się jeszcze nie skończyło, więc nie chciałam powielać produktów do twarzy i postawiłam na coś mocniejszego. Oj znacznie mocniejszego... Baza to glinki biała i marokańska, których zamierzam używać do mycia twarzy długoterminowo. Do tego zdzieraki, (każdy w niewielkiej ilości): nasiona maliny, skała wulkaniczna i korund. W celu uzyskania konsystencji pasty i wzbogacenia składu dodałam jeszcze oleje lniany, rycynowy i makadamia, macerat z marchwi, odrobinę oliwy i kilka kropel olejku lawendowego oraz hydrolat rumiankowy. Przed użyciem trzeba ją jeszcze lekko rozrobić z wodą, ale jest to dużo szybsze i łatwiejsze niż w przypadku czyścika Lush. Muszę zapamiętać, że hydrolat rumiankowy to porażka zapachowa ;) Zapach świeżego rumianku kojarzy mi się z psującymi się kwiatami, a hydrolat świetnie ten zapach oddaje, więc następnym razem na pewno użyję różanego ;)


Efekt? wow! Peeling jest bardzo mocny, ale dla mojej cery, dalekiej od skóry nosorożca, znośny. Po użyciu nie odnotowałam podrażnień ani zadrapań ;) Zauważyłam za to porządne starcie zewnętrznego naskórka. Peeling wyszedł bardzo mocny, więc z pewnością będę go używać raz w tygodniu, ale dzięki niemu na 100%  zrezygnowałam z peelingów sklepowych. Po wymasowaniu zostawiłam go na chwilę na twarzy, przez co glinki lekko zaschły, działając przy okazji jak maseczka :) Uczuć podrażnienia czy ściągnięcia brak, za to super gładkość, delikatność i porządne oczyszczenie gwarantowane.

W najbliższym czasie na pewno będę kombinować ze składami i proporcjami tych produktów, ale ostatni, czyli czyścik / peeling do twarzy, jest moim absolutnym hitem i to na nim się skupię kombinując ze zdzierakami i różnymi olejkami :)

Co myślicie na temat kosmetyków przygotowanych w domu? Kręcicie coś same, a może w ogóle Was to nie kusi? Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania :)