Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naturalna pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naturalna pielęgnacja. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 czerwca 2014

Moje TOP 5 kosmetyków naturalnych - część 5 - Savon Noir

Uff dobrnęliśmy do końca, czyli do ostatniego produktu naturalnego z mojej listy TOP 5. Ostatnie miejsce absolutnie nie oznacza, że produkt ten jest ze wszystkich dotychczasowych najsłabszych, a przypadło ono kosmetykowi znalezionemu przez przypadek (Mężczyzna wziął go za miód w dziale z kosmetykami ;)), jakim jest kolejne naturalne mydło, tym razem czarne - z oliwek, czyli Savon Noir.


Savon Noir możemy dostać już w większości sklepów z naturalnymi kosmetykami w najróżniejszych cenach (te ze zdjęcia 3 i 10€) oraz o różnych składach. Najlepsze, najnaturalniejsze i najskuteczniejsze egzemplarze to te, które zawierają wyłącznie olej z oliwek i ewentualnie wodę. 


Do tej pory używałam dwóch mydeł, które widzicie na zdjęciach. Wersja plastikowa kupiona jest na francuskim markecie od pana, który sprzedawał również inne mydła, naturalne gąbki czy świeże przyprawy - taka uliczna budka z naturalnymi kosmetykami i nie tylko. Szklana wersja pochodzi natomiast z francuskiego Carrefoura i wzbogacona jest między innymi o olejek z eukaliptusa.


Ogólne przeznaczenie czarnego mydła to oczywiście oczyszczanie połączone z peelingiem enzymatycznym. Nie jest to jednak po prostu oczyszczanie czy delikatny peeling enzymatyczny przypominający te drogeryjne. Mój pierwszy kontakt z mydłem ze szklanego słoiczka zakończył się podrażnieniem i przesuszonymi skórkami, a nawet sporym strupkiem przy nosie... Do tego cera była mocno ściągnięta i lekko przesuszona... A wszystko to po 5 minutach na suchej oczyszczonej cerze! Brzmi strasznie prawda? Ale to nie jest tak, jak wygląda ;) Wina była po mojej stronie i teraz wszystko jest już ok, a nawet lepiej.


Obecnie żadne z tych mydeł nie powoduje u mnie podobnych efektów jak za pierwszym razem, a stosuję je regularnie zarówno do twarzy jak i ciała. Z jednej strony moja cera odrobinę się przyzwyczaiła, ale przede wszystkim największą różnicę przyniosły umiar i rozwaga. Teraz jeśli robię sobie peeling enzymatyczny przez zostawienie mydła na twarzy, to wcześniej ją zwilżam, dzięki czemu całość jest rzadsza i delikatniejsza. Poza tym używam go do normalnego mycia twarzy po demakijażu, zamiennie z mydłem Aleppo. 


Mydło można też stosować jako maseczkę / peeling na całe ciało, ale ja zamiast cierpliwości mam wannę, więc po prostu nakładam go na gąbkę i w ten sposób myję resztę skóry. Po takim zabiegu jest ona świetnie oczyszczona, odświeżona i gładka. Konieczne jest jednak użycie porządnego balsamu, ale w później już ciało wygląda idealnie ;)


Ciekawa i zaskakująco przyjemna w użyciu jest forma w jakiej występuje Savon noir. Jest to gęsta pasta przypominająca miód, ale taki lekko skrystalizowany. Bardzo łatwo można go nałożyć na twarz czy ciało i nic nie spływa / spada, a jeśli wolimy konsystencje żelowe, to wystarczy go rozmieszać z wodą lub olejkiem i użyć w takiej formie.


Gorąco polecam, podobnie jak pozostałe 4 produkty, o których pisałam ostatnio. Dzięki Savon noir można doskonale oczyścić cerę i ciało oraz usunąć martwy naskórek, co skutkuje świeżą, czystą i zdrową, rozświetloną skórą. Zalecam jednak ostrożność, zwłaszcza przy pierwszym użyciu oraz zwracanie uwagi na skład. Im krótszy tym lepiej :)

Na koniec zostawiam linki do pozostałych postów z serii Moje TOP 5 kosmetyków naturalnych, a już jutro lub w czwartek zapraszam Was na rozdanie, w którym będzie można zgarnąć między innymi Savon Noir :)
część 1 - szampon w kostce
część 2 - olej kokosowy
część 4 - mydło Aleppo

A jakie jest Wasze zdanie o czarnym mydle? 
I jaki produkt / kosmetyk jest Waszym naturalnym ulubieńcem? Z chęcią poznam Wasze typy i może sama znajdę coś dla siebie :)

niedziela, 1 czerwca 2014

Moje TOP 5 kosmetyków naturalnych - część 4 - mydło Aleppo 50%

Francuski długi weekend nie wpłynął najlepiej na moją systematyczność i regularność w publikowaniu postów, ale było warto! ;) W czwartek odwiedziliśmy Tulon, w piątek Marsylię, a całą sobotę spędziliśmy w Awinion i totalnie przepadłam w tym mieście. Jest fantastyczne i bardzo moje, ale w sumie dziś nie o tym. Jeśli będziecie zainteresowane kilkoma zdjęciami, to stworzę osobny post, a teraz wracam do kosmetycznego tematu, którym jest dziś czwarta część serii mojego TOP 5 kosmetyków naturalnych.
Czwarty post z tej serii poświęcony jest naturalnemu mydłu Aleppo, które po sugestii pani z Mydlarni u Franciszka kupiłam w wersji 50%.


Mydła Aleppo stworzone są z dwóch olejów: laurowego oraz oliwy z oliwek, a podane stężenie procentowe odpowiada ilości tego pierwszego w ich składzie. Zasada z doborem odpowiedniej wersji jest taka, że im mniejsze stężenie procentowe mydla, tym jest ono delikatniejsze i bardziej nawilżające, natomiast większe stężenia są bardziej oczyszczające, a tym samym dedykowane cerom tłustym, mieszanym i problematycznym.


Do tej pory spotkałam mydła Aleppo od 4% oleju laurowego, używane głównie do mycia dłoni i ciała, do 70%, które są już całkiem mocne. Jeżeli zamierzamy używać Aleppo do mycia twarzy, to najlepiej zacząć od niższych stężeń i sukcesywnie je zwiększać. Ja jednak zaczęłam od 50%, czyli stężenia idealnego do cery mieszanej i wszystko jest ok.



Moja kostka jest ogromna - zawiera 200g produktu, czyli tyle, co dwa zwykłe mydła z drogerii, a jej cena różni się od miejsca zakupu oraz rośnie proporcjonalnie do wzrostu udziału oleju laurowego. Wg producenta (?) / dystrybutora mydło zostało wykonane i suszone tradycyjnym sposobem oraz ręcznie cięte na nierówne kostki z pieczątką świadczącą o oryginalności. Za te wszystkie obietnice oraz świetny, nie udziwniony skład zapłaciłam 36zł.

Cała kostka świeżutkiego mydła

Ze względu na to, że cała kostka mydła jest bardzo duża i nieporęczna pocięłam ją na mniejsze kawałki i jeden z nich poleciał ze mną do Francji, dzięki czemu intensywnie używam go już od ponad miesiąca. W tym czasie używałam go zarówno do twarzy, ciała jak i włosów. 
Opcja włosy nie jest moją ulubioną, chociaż głównie w tym celu go kupiłam. Mydło świetnie oczyszcza włosy i skórę głowy, ale nie jest zbyt wygodne i przyjemne w użyciu oraz nie lubię osadu, który po nim zostaje.
W przypadku całego ciała jest już lepiej. Mydło dobrze oczyszcza i nawet w najmniejszym stopniu nie wysusza skóry, jednak myślę, że mniejsze stężenie sprawdziłoby się w tej roli jeszcze lepiej.
Moim ulubionym zastosowaniem jest jednak oczyszczanie cery i w tej roli Aleppo spisuje się po prostu idealnie. Używam go po wstępnym demakijażu twarzy i w tej roli świetnie się odnajduje, pozostawiając porządnie oczyszczoną cerę wolną od resztek makijażu. W dodatku jako jeden z nielicznych produktów w ogóle nie podrażnia mojej twarzy, nawet wtedy, gdy ta postanawia być nagle wrażliwa. Przyznaję, że uczucie ściągnięcia czasami jest, ale w niewielkim stopniu i wystarczy zwykły krem nawilżający aby się go pozbyć.

A tu odcięty kawałek po intensywnej eksploatacji z widocznym zielonym środkiem :)
autorem powyższej kompozycji jest Mężczyzna
, który ostatnio wczuł się i aktywnie uczestniczy w blogowaniu oraz zbieraniu próbek i testowaniu :D
Podsumowując - polecam, bo to bardzo fajny i naturalny produkt, który może bardzo pozytywnie wpłynąć na Waszą pielęgnację, a do tego ryzyko, że zaszkodzi jest znikome :)

A teraz łapka w górę kto używał Aleppo i jak wrażenia? A może polecicie mi inne naturalne mydła, którym koniecznie powinnam się przyjrzeć?

środa, 28 maja 2014

Moje TOP 5 kosmetyków naturalnych - część 3 - pasta z zielonej glinki

Pora na trzecią część naturalnej mini serii, w której chciałabym Wam napisać o moim ostatnim cudownym odkryciu, jakim jest gotowa pasta z glinki zielonej. Moja pochodzi akurat z firmy Lovea, ale wiem, że na polskim rynku jest już coraz więcej produktów tego typu.


Moja tubka pochodzi z  francuskiego Carrefoura, a zapłaciłam za nią jedyne 3€ za 360g.
Pasta znajduje się w dużej wygodnej tubce, z łatwym, ale porządnym zamykaniem.


Producent zapewnia nas, że 99% składu produktu to składniki naturalne oraz że nie znajdziemy w nim silikonów oraz parabenów. Obietnice zostały zrealizowane i tych dwóch składników rzeczywiście nie ma, ale za to są inne konserwanty ;) Na szczęście jest ich niewiele, w dodatku niezbyt szkodliwych, więc moim zdaniem jest ok, a poniżej możecie rzucić okiem na cały skład.

Skład: Illite, Montmorillonite (Green Clay), Aqua (Water), Glycerin, Imidazolidinyl Urea, Chlorhexidine Digluconate, Methylchloroisothiazolinone, Methylisothiazolinone, Magnesium Nitrate, Magnesium Chloride



Nie będę już pisać o zastosowaniu i korzyściach płynących z włączenia glinek do naszej pielęgnacji, bo na ten temat powstało bardzo wiele postów i myślę, że każdy zna podstawy :) Jeżeli o mnie chodzi, to glinki od dłuższego czasu są stałym elementem mojej pielęgnacji, a wersja zielona jest jedną z moich ulubionych. Cenię ją za dobre oczyszczanie oraz zmatowienie cery, a w tym przypadku również za fantastyczną i wygodną aplikację oraz kilka większych drobinek, którymi można wykonać delikatny peeling podczas zmywania. Dodając do tego cenę oraz naturalność jestem na mocne tak :)


Gorąco polecam Wam wszelkie glinki i eksperymentowanie z ich rodzajami, a tym z Was, których zniechęcała konieczność ich rozrabiania przed użyciem polecam rozejrzeć się za taką formą. Właściwości i działanie są takie same, a komfort użytkowania znacznie wyższy.

Jaka glinka jest Waszą ulubioną i z czym lubicie ją rozrabiać? A może jest jeszcze ktoś, kto w ogóle nie miał z nimi kontaktu?

Na koniec zostawiam Wam jeszcze linki do poprzednich postów z serii moje TOP 5 kosmetyków naturalnych

wtorek, 27 maja 2014

Moje TOP 5 kosmetyków naturalnych - część 2 - olej kokosowy

Jeżeli mówimy o moich ulubionych kosmetykach naturalnych, to nie mogę pominąć olejku kokosowego. Wiem, że na jego temat powstały już setki postów, ale może jest jeszcze ktoś, kto się nie skusił, więc i ja spróbuję Was do niego zachęcić.


Moje pierwsze opakowanie oleju kokosowego kupiłam na długo przed tym, jak zaczęłam pisać bloga, z zamiarem olejowania włosów. Prawdziwy potencjał oleju kokosowego odkryłam jednak dopiero w Niemczech, gdzie w łazience mam około 23 stopni, czyli temperaturę zbliżoną do jego temperatury topnienia, która wynosi 25 stopni C.


W tej chwili mój olej ma konsystencję spójną, ale miękką i nie mam najmniejszych problemów z wyciągnięciem go ze słoiczka, co znacznie poszerzyło zakres jego zastosowania. 


Zatem do czego używam go teraz? Z
- włosy! w tej kwestii nadal jest świetny i niezastąpiony
- ciało - używam go na całe, jeszcze wilgotne ciało, zaraz po kąpieli
- twarz - jako maseczkę raz na jakiś czas, gdy moja cera potrzebuje czegoś mocniejszego
- podrażnienia - nie znalazłam bardziej neutralnego produktu, który mogę nałożyć na mocno podrażnioną skórę, zdecydowanie wyprzedza tym samym maść z witaminą A
- demakijaż! olej kokosowy świetnie sobie radzi ze zmywaniem makijażu, a do tego pięknie przy tym pachnie
- kuchnia - a jakże by inaczej, skoro to jego podstawowe przeznaczenie ;) jeśli naleśniki, to tylko na nim, ale dobrze sprawdzi się też do różnych dań, na przykład kuchni orientalnej

W każdym z powyższych przypadków (no może poza ostatnim) olej świetnie nawilża, lekko natłuszcza, odżywia i wygładza.

Konsystencja przed roztopieniem

Zdecydowanie polecam Wam szukać oleju kokosowego w zwykłych sklepach spożywczych lub z żywnością organiczną, gdyż tam wychodzi po prostu najtaniej. Mój słoiczek kupiłam w niemieckim markecie z żywnością organiczną i kosztował mnie niecałe 5€ za 200ml, więc całkiem korzystnie, zwłaszcza na Niemcy ;)

I roztopiony w kontakcie z ciepłem skóry
Używacie, lubicie? A może polecicie mi jeszcze inne zastosowanie dla oleju kokosowego?
Oczywiście zapraszam też na pierwszą część mojego TOP 5, o tutaj :)

A na sam koniec zapraszam Was również na bloga Kate's Beautyland, który sama odwiedzam regularnie i bardzo lubię za szczere i zróżnicowane posty oraz proste i piękne zdjęcia! Poniżej próbka, która niesamowicie mi się podoba, a Was przeniesie do jej najnowszego postu :)

http://katesbeautyland.blogspot.fr/2014/05/recenzja-bourjois-healthy-mix.html

poniedziałek, 26 maja 2014

Moje TOP 5 kosmetyków naturalnych - część 1 - Organiczny szampon w kostce Ma Provence

Wspominałam, że lubię naturalne metody pielęgnacji? Jeśli nie, to teraz piszę całkiem oficjalnie, że bardzo polubiłam wszelkie naturalne metody pielęgnacji ciała, twarzy oraz włosów i paznokci. Przyczyna jest bardzo prosta - takie kosmetyki zwykle bardzo dobrze się u mnie sprawdzają, a szansa, że zaszkodzą jest stosunkowo niewielka. Obecnie w moim posiadaniu znajduje się sporo naturalnych kosmetyków i półproduktów, które używam w codziennej pielęgnacji oraz na specjalne okazje, ale postanowiłam wybrać tylko najlepszą piątkę, którą mogę Wam szczerze polecić. 

Na pierwszy ogień idzie Organiczny szampon w kostce Ma Provence.

Komu pierniczka? ;)
Zacznijmy od opisu producenta:
Szampon w kostce z dodatkiem zielonej glinki (lub innymi składnikami w zależności od rodzaju). Łatwy i ekonomiczny w użyciu. Oparty na naturalnych składnikach. Nie wymaga stosowania odżywki.
Super wydajny: 85g jedna kostka ma wydajność 2 szamponów w płynie o pojemności 250ml
Szampony organiczne wchodzą w skład certyfikowanej linii organicznej Ma Provence. Stworzone zostały na bazie wyselekcjonowanych składników.
Zawierają organiczne masło shea, organiczną glincerynę, ekstrakty roślinne barwniki pochodzenia naturalnego
• 99,9% surowców to surowce pochodzenia naturalnego
• 10%  surowców to surowce pochodzące z upraw organicznych

Szampony Ma Provence można dostać w sklepach internetowych z naturalnymi kosmetykami, w cenie około 30zł za kostkę.


Szampon występuje w 4 wersjach: do włosów normalnych, suchych, z łupieżem oraz przetłuszczających się, a sama mam już 3 pierwsze wersje, co oczywiście najlepiej świadczy o tym jak go lubię :) Poniżej składy wersji przeciwłupieżowej oraz do włosów suchych:
Skład anti - dandruff : Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Sodium Coco-Sulfate, Triticum Vulgare (Wheat) Starch, Cetearyl Alcohol, Citrus Auratntium Dulcis (Orange) Fruit Water*, Rhus Verniciflua Wax, Sodium Larylsulfate, Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Coco-Glucoside, Aqua (Water), Zinc Coco-Sulfate, Thymus Vulgaris (Thyme) Leaf Extract*, Citric Acid, Sodium Benzoate, Potassium Sorbate, Limonene, Citronellol, Eugenol.

Skład Dry hair: Disodium Lauryl Sulfosuccinate, Sodium Coco-Sulfate, Triticum Vulgare (Wheat) Starch, Cetearyl Alcohol, Citrus Auratntium Dulcis (Orange) Fruit Water*, Rhus Verniciflua Wax, Butyrospermum Parkii (Shea Butter)*, Sodium Laureth Sulfate, Coco-Glucoside, Aqua (Water), Argania Spinosa (Argan) Oil*, Cocamidopropyl Betaine, Illite, Parfum (Fragrance), Glyceryn*, Lauryl Pca, Glyceryl Stearate, Glycerin*, Limonene, Linalool, Eugenol.



Sposób użycia jest niesamowicie prosty. Moczymy włosy, przez chwilę pocieramy kostką o skórę głowy i dalej już masujemy samymi palcami. Szampon doskonale się pieni. Próbowałyście kiedyś myć głowę mydłem, na przykład Aleppo? W tym przypadku komfort jest nieporównywalnie wyższy, a do tego kostki fantastycznie pachną, a zapach utrzymuje się jeszcze jakiś czas po umyciu włosów.


Według producenta jedna kostka odpowiada 2 butelkom zwykłego szamponu o pojemności 250ml. Hmm ;) Powiem Wam, że mam w tej kwestii pewne wątpliwości. Może zużywam go trochę za dużo przy jednym użyciu, bo uwielbiam myć nim włosy, ale po około 2 tygodniach regularnego używania (codziennie lub co drugi dzień po 2 mycia) zauważam już sensowny ubytek. Zobaczymy jak będzie dalej, ale wydaje mi się, że raczej odpowiada jednej, a nie dwóm butelkom płynnego szamponu.


Teraz najważniejsze, czyli za co właściwie tak lubię ten szampon, że znalazł się w moim zestawieniu TOP 5? Po pierwsze za skład. Dalej za świetne, ale delikatne oczyszczanie, ale przede wszystkim za efekt po umyciu. Moje włosy po tym szamponie nie potrzebują odżywki! a po wyschnięciu wyglądają po prostu fantastycznie. Są błyszczące, sypkie i łatwe do rozczesania. To wystarczyło, żeby ten produkt stał się moim ulubieńcem, ale dodam jeszcze, że świetnie sobie radzi z czyszczeniem pędzli - dla mnie ideał i gorąco polecam! :)

Co myślicie o takiej formie szamponu? A może już używałyście podobnego produktu i możecie się podzielić wrażeniami?

Na zakończenie tej serii (mam nadzieję, że w sobotę) będę miała dla Wam małe francuskie rozdanie, w którym będzie można zgarnąć między innymi ten szampon, więc stay tuned ;)

poniedziałek, 19 maja 2014

Lush Angels on bare skin

Pogoda dziś nie rozpieszcza - od rana mżawka i pełne zachmurzenie, co skutecznie zniechęca do wystawienia nosa za drzwi. W związku z tym przejrzałam starsze zdjęcia i przychodzę do Was z moją opinią na temat jednego z kosmetyków bardzo popularnych w blogsferze, o którym pewnie bym nawet nie wiedziała z innego źródła, czyli czyściku do twarzy Lush Angels on bare skin.


Na dobry początek skład:
Skład: Ground Almond (Prunus Dulcis), Glycerine, Kaolin, Water (Aqua), Lavender Oil (Lavandula Augustifolia), Rose Absolute (Rosa Damascena), Chamomile Oil (Anthemis Nobilis), Tagetes Oil (Tagetes Minuta), Benzoin Resinoid (Styrax Benzoin), Lavender Flowers (Lavandula Augustifolia), *Limonene, *Linalool
* Occurs naturally in Essential Oils.


I jeszcze kilka informacji technicznych:
cena około 10€ za 100g
dostępność w Polsce znikoma, wydaje mi się, że Lush jeszcze nie otworzył u nas stacjonarnego sklepu, więc pozostają zagraniczne strony internetowe i salony w Anglii, Niemczech czy Włoszech, czyli wakacyjne polowanie ;)



Przechodząc do sedna, czyli mojego zdania na jego temat muszę przyznać, że mam co do niego mieszane uczucia

Plusy:
+ super skład
+ dobrze oczyszcza
+ oryginalna forma
+ nie wysusza*
+ radzi sobie z dziennym makijażem, oczywiście bez oczu
+ polityka i założenia firmy

Minusy:
- niewygodna formuła, a przez to
- konieczność rozrabiania przed każdym użyciem, co znacznie zmniejsza komfort użytkowania i wydłuża czas wieczornej pielęgnacji oraz
- jest trudny do zmycia jeżeli nie używamy go pod prysznicem - mnie ciągle wchodzi we włosy
- *po jego użyciu muszę użyć kremu nawilżającego, bo lekko ściąga mi skórę, chociaż często czytałam, że dziewczyny z suchą skórą już nie potrzebują dodatkowego nawilżenia.
- cena
- dostępność


Podsumowując cieszę się, że miałam okazję go wypróbować i uważam, że jest to bardzo dobry produkt do wieczornego oczyszczania twarzy, ale ze względu na stosunkowo trudne użycie i jego wysoką cenę raczej nie planuję powrotu. Na jego niekorzyść przemawia też fakt, że podobny produkt można przygotować sobie samemu i prawdopodobnie tak zrobię w najbliższym czasie ;)

Miałyście ten produkt? Jak się u Was sprawdził? A może możecie mi polecić inne produkty must have z Lush?
 
Przepraszam za jakość zdjęć, ale nie miałam ze sobą aparatu, a chciałam je zrobić jeszcze przed użyciem, więc musiała wystarczyć kamera :)

piątek, 28 marca 2014

Maść maści nie równa, czyli porównanie maści z witaminą A

Nie będzie dla nikogo zaskoczeniem, że o Maści ochronnej z witaminą A dowiedziałam się z blogów. Dziewczyny polecały ją do stóp, dłoni, ust, ciała i w ogóle miał to być jeden z tych fantastycznie działających, wszechstronnych i naturalnych produktów, w dodatku za grosze.

U góry maść z Hebe, na dole z apteki

Skuszona wieloma pozytywnymi opiniami na temat tego produktu udałam się do apteki po moją tubkę, a kolejną kupiłam w drogerii Hebe. Produkt teoretycznie ten sam, o takiej samej zawartości witaminy A, czyli 800j.m. / g i pojemności 25g, a także o zbliżonej cenie do 4zł, ale na tym podobieństwa się kończą. 

Maść z Hebe ma bardziej estetyczną tubkę, z której łatwiej ją wydobyć, ale to głównie kwestia gęstości kosmetyku

Pierwsza różnica, z której w sumie wynikają wszystkie kolejne, to skład. 
Apteczny: witamina A 800 j.m./g, wazelina biała, Palsgaard 0291, aromat cytrynowy, woda oczyszczona.
Hebe:  Aqua, Ethylhexyl stearate, Glycerin, Pertolatum, PEG-30, Dipolydroxystearate, Dicraprylyl Ether, Triisonanoin, Cera Microcristallina, Paraffinum Liquidum, Cetearyl Ethylhexanoate and Isopropyl Myristate, Magnesium Sulphate Heptahydrate, Phenohexyethanol, DMDM Hydantoin, Methylparaben, Propylparaben, Tocopheryl Acetate, Allantoin, Parfum, Retinyl Palmitate, Citonellol, Butylphenyl, Methylpropional, Limonene, Linalool. 
Jest różnica, co? 

Dostępna w Hebe

Na korzyść wersji z Hebe zdecydowanie przemawia konsystencja. Lekka, kremowa, dobrze się wchłania i nie jest tłusta. Wersja apteczna przeciwnie. Jest gęsta, tłusta, trudna do rozsmarowania i długo zostaje na skórze.

Oryginalna i prawdziwa maść z apteki

Kwestia działania jest w moim przypadku dosyć specyficzna. Maść (zaczynałam od aptecznej) nie sprawdza się u mnie do nawilżania zadnej powierzhni mojego ciala, na przykład stóp, bo mam wrażenie, że są tylko natłuszczone, a pod spodem suche. Ze względu na to i mały komfort aplikacji stosowałam ją tylko na podrażnione miejsca na przykład po depilacji, oparzeniu itp. W tej kwestii sprawdza się idealnie i z takim założeniem kupiłam wersję z Hebe. A tu bardzo niemiła niespodzianka.
Maść nałożona na podrażnione i wrażliwe miejsca spowodowała pogorszenie stanu skóry! Piekło, paliło i powstało duże zaczerwienienie a maść trzeba było zmyć.

Różnica w konsystencji widoczna już w tubce...

Jeszcze kilka informacji od producenta.
Wskazania wersji aptecznej: osłaniająco w celu regeneracji naskórka, zmniejszenia rogowacenia, złagodzenia stanów zapalnych. Ochronnie przed działaniem szkodliwych warunków atmosferycznych. 
Wersja z Hebe: zmniejszenie nadmiernego rogowacenia naskórka, złagodzenia podrażnień słonecznych i odmrożeń skóry. Chroni skórę przed działaniem szkodliwych czynników atmosferycznych, a także pomaga przy nadmiernym przesuszeniu.

... a także na dłoni. Po lewej maść z Hebe, po prawej z apteki

Podsumowując, jeżeli ktoś lubi i docenia działanie maści z apteki do użytku na co dzień, ale nie przepada za jej formułą, to polecam wersję z Hebe, która jest dużo przyjemniejsza w użyciu. Jednak jeśli tak jak ja, potrzebujecie czegoś ratunkowego i neutralnego dla wrażliwej skóry, to zdecydowanie polecam jej unikać i udać się do apteki.

środa, 19 marca 2014

Mały chemik ;)

Z tym postem miałam poczekać. 
Potestować, pobawić się i dopiero pochwalić, ale jestem tak nakręcona tematem, że nie chcę dłużej czekać, tylko od razu pokazać Wam co wczoraj robiłam przez całe popołudnie.

Zgadniecie co to?
Głównym sprawcą zamieszania jest (długo, za długo) wyczekiwana paczka z Zrób sobie krem z kilkoma półproduktami. Zamówiłam przede wszystkim glinki, bo to nimi w najbliższym czasie zamierzam myć twarz, kilka olejków, coś do ścierania i kwas hialuronowy, na który polowałam już od dawna. Wyciągnęłam nawet mój dawno nieużywany fartuch z laborek, bo jak się bawić to porządnie ;) zgromadziłam pół stołu różnych substratów i zaczęłam mieszać.

Większość zamówienia
Zaczęłam od peelingu do ciała. Cukier, odrobina soli, peeling z nasion maliny i odrobina ze skały wulkanicznej oraz oczywiście kawa, a do tego olej kokosowy jako baza i kilka innych olejków dla zmiękczenia formy. 


Całość wymieszałam i przełożyłam do foremek na babeczki, które umieściłam na kilka minut w lodówce, żeby olej kokosowy szybciej skrystalizował do formy stałej.


Po chwili wyciągnęłam je z lodówki, zanurzyłam formę na kilka sekund w gorącej wodzie i uzyskałam moje peelingujące babeczki.


Jedna sztuka wystarczyła mi na jedno użycie na całe ciało. W kontakcie ze skórą babeczka bardzo łatwo się stopiła ze względu na dodatek płynnych olejków, co niestety znacząco wpływa na słabą wydajność, ale pozytywnie na praktyczność takiej kostki :) Peeling jest bardzo wygodny i całkiem ostry. Pięknie wygładza skórę pozostawiając tłustą warstwę, która bez problemu schodzi podczas kąpieli. U mnie taka mieszanka sprawdziła się lepiej niż peeling z samej kawy, a do tego użycie było dużo bardziej komfortowe, mniej sprzątania i lepszy efekt, również pod względem nawilżenia.


Jako następne ukręciłam peelingi do ust. Na bazie cukru, z dodatkiem miodu, oliwy, olejku rycynowego i arganowego. Bardzo ładnie wygładzają usta, nie są zbyt ostre i całkiem dobre w smaku, co sprawdziłam przez przypadek ;) Po ich użyciu potrzebowałam balsamu do ust, więc jeszcze popróbuję z ilością i rodzajem olejków.


Na koniec mój hit, czyli pasta peelingująca do twarzy. Początkowo miałam stworzyć coś podobnego do czyścika Lush na bazie migdałów, ale moje opakowanie się jeszcze nie skończyło, więc nie chciałam powielać produktów do twarzy i postawiłam na coś mocniejszego. Oj znacznie mocniejszego... Baza to glinki biała i marokańska, których zamierzam używać do mycia twarzy długoterminowo. Do tego zdzieraki, (każdy w niewielkiej ilości): nasiona maliny, skała wulkaniczna i korund. W celu uzyskania konsystencji pasty i wzbogacenia składu dodałam jeszcze oleje lniany, rycynowy i makadamia, macerat z marchwi, odrobinę oliwy i kilka kropel olejku lawendowego oraz hydrolat rumiankowy. Przed użyciem trzeba ją jeszcze lekko rozrobić z wodą, ale jest to dużo szybsze i łatwiejsze niż w przypadku czyścika Lush. Muszę zapamiętać, że hydrolat rumiankowy to porażka zapachowa ;) Zapach świeżego rumianku kojarzy mi się z psującymi się kwiatami, a hydrolat świetnie ten zapach oddaje, więc następnym razem na pewno użyję różanego ;)


Efekt? wow! Peeling jest bardzo mocny, ale dla mojej cery, dalekiej od skóry nosorożca, znośny. Po użyciu nie odnotowałam podrażnień ani zadrapań ;) Zauważyłam za to porządne starcie zewnętrznego naskórka. Peeling wyszedł bardzo mocny, więc z pewnością będę go używać raz w tygodniu, ale dzięki niemu na 100%  zrezygnowałam z peelingów sklepowych. Po wymasowaniu zostawiłam go na chwilę na twarzy, przez co glinki lekko zaschły, działając przy okazji jak maseczka :) Uczuć podrażnienia czy ściągnięcia brak, za to super gładkość, delikatność i porządne oczyszczenie gwarantowane.

W najbliższym czasie na pewno będę kombinować ze składami i proporcjami tych produktów, ale ostatni, czyli czyścik / peeling do twarzy, jest moim absolutnym hitem i to na nim się skupię kombinując ze zdzierakami i różnymi olejkami :)

Co myślicie na temat kosmetyków przygotowanych w domu? Kręcicie coś same, a może w ogóle Was to nie kusi? Jestem bardzo ciekawa Waszego zdania :)

wtorek, 25 lutego 2014

Cel - zdrowe mocne paznokcie, część 2 - po 2 tygodniach

Tak jak obiecałam, przychodzę dziś z postem, o postępach w ratowaniu paznokci. Ostatni był dokładnie dwa tygodnie temu (część pierwsza), zatem minęła połowa czasu, który sobie założyłam na odbudowę płytki.

Tydzień temu było tak

Nie jest łatwo. Przez ten czas zdarzyło mi się raz nie wypić skrzypu oraz raz pominąć drożdże. Przez dwa dni miałam mniej czasu na zabawę z olejkiem na skórkach, co niestety po nich widać. Muszę poszukać innego sposobu na skórki, bo po rybkach są w doskonałym stanie, ale tylko wtedy, gdy używam ich często i bez przerwy. Do tego ani razu nie wymoczyłam ich w oliwie... Nie lubię mieć dłoni wyłączonych z użycia ;)

Już po pierwszym tygodniu paznokcie były już trochę mocniejsze. Nie była to duża różnica, ale przestały się wyginać przy najlżejszym dotknięciu. 19go lutego na palcu serdecznym pojawiła się dziwna kreska, jakby pęknięcie, ale nie sprawiła żadnych problemów. Na pacu środkowym nadal mam mały punkt z rozdwojoną płytką w połowie paznokcia.

Lewa dłoń

Na początku drugiego tygodnia zepsuł się serdeczny paznokieć, a razem z nim poleciał środkowy. Pod koniec tego samego tygodnia pierwszy raz nałożyłam jedną warstwę odżywki Nail Tek II i postanowiłam (przynajmniej na razie) zrezygnować z używania odżywki z rekinkiem.W między czasie rozdwoił mi się też wskazujący paznokieć u prawej dłoni, ale przy tej okazji była miła niespodzianka. Pomimo tego, że się rozdwoił, to nie poleciał do połowy płytki jak zwykle, ale jedynie na jej końcu.

Prawa dłoń

W tym momencie skórki są w opłakanym stanie, ale same paznokcie (poza długością i nierównościami) wyglądają całkiem nieźle. Płytka jest w miarę równa, odżywiona i twardsza, a przy tym bardziej elastyczna. 

Obecnie piję pół kostki drożdży na jeden raz. Pominęłam etap 1/3. Przez pierwszy tydzień piłam 1/4 kostki, później jedna kostkę podzieliłam na 3 części, ale następną już tylko na pół. Muszę przyznać, że odpowiada mi ich smak. Zalewam je do połowy szklanki wodą i dodaję łyżeczkę miodu i jest całkiem dobrze :) 
W najbliższym czasie zamierzam wrócić do malowania, chociaż już się przyzwyczaiłam do nagich dłoni ;)

wtorek, 11 lutego 2014

Cel - zdrowe mocne paznokcie, część pierwsza - stan wyjściowy


Pierwsze zdjęcia do tego posta zrobiłam 14go stycznia, gdy zaczęłam pierwszy etap akcji ratunkowej dla moich paznokci. Kupiłam wtedy odżywkę, o której czytałam na blogach, wróciłam do częstego olejowania, smarowałam palce prawie codziennie wieczorem olejkiem rycynowym i frytki. Nic z tego. Minął prawie miesiąc, a moje paznokcie są w stanie jeszcze gorszym niż wtedy.

Stan obecny. Na zdjęciu wyszły ładnie, ale w rzeczywistości ciągle widać jak są suche i rozdwojone. Teraz też widzę, że jednak nie doczyściłam rąk po czyszczeniu opakowania z tuszu do rzęs...

Główny problem moich paznokci, to ich grubość. Dawniej je obgryzałam, ale nigdy tak bardzo i krótko, ale też nigdy nie były mocne. Później podrosłam, zaczęłam zapuszczać i jakoś wyglądały. Teraz bardzo się muszę pilnować, żeby nie było na nich żadnych nierówności na brzegach, bo zdarza mi się je lekko podniszczyć na przykład przy czytaniu ;) Oczywiście przez to, że są cieniutkie jak papier, to ciągle się wyginają i są takie bezbronne.

Po lewej paznokcie teraz, po prawej z dnia 14go stycznia. Przekornie na starszym zdjęciu wyglądają gorzej, ale po skórkach widać, że olejki przynoszą efekty

Teraz największym problemem jest rozdwajanie. Schodzi mi połowa płytki do połowy długości paznokcia! Tak źle nie było nigdy. Jednak i to biorę na siebie. Lakier schodzący płatami? Oj już ja mu pomogę! I pomogłam kilka razy. Po pierwszej pomocy pojawiły się białe plamki w połowie płytki - rozdwojony. Później taka sytuacja zdarzyła się jeszcze kilka razy. 

Oba do smarowania i wcierania


Obecnie moje paznokcie są odbarwione (bordowy Essie...), rozdwojone (zdrapywanie lakieru), słabe (obgryzanie i taki ich urok), bardzo cienkie i miękkie (to wynika z powyższych). Nadal mam też rozdwojenie w połowie płytki. Na zdjęciach widać również taki ciemny pasek, za białą częścią paznokcia. Jest to efekt przyrastania płytki do palca, a kolor podkreśliła mi odżywka 8 w 1 z Eveline, po której też w niektórych miejscach paznokieć od palca się odkleił :/

Po szklance każdego z nich raz dziennie

Bardzo załamana stanem moich paznokci zupełnie zmieniłam zasady akcji ratunkowej. Nowe prezentują się tak:
  1. zero lakierów - co najmniej przez tydzień, dwa
  2. zero odżywek - bo niewiele pomagają, a paznokcie są tak cienkie, że nawet 3 warstwy odżywki ich nie usztywniają (wrócę do nich po około 2 tygodniach)
  3. olejek rycynowy - wieczorem, podczas OCM, zmieszany z oliwą i olejem kokosowym
  4. kilka do kilkunastu razy dziennie maluję paznokcie olejkiem z rybek Dermogal
  5. zainspirowana Karoliną z bloga Dbaj o Włosy (dziękuję Ci bardzo za pomoc!) piję drożdże (i nie jest źle po pierwszym razie)
  6. zamiast suplementów natomiast postawiłam na czysty skrzyp w saszetkach do zaparzania
  7. wrzucam też do diety więcej naturalnych witamin (bo jednak sam skrzyp to mało) - na kolację marchewka
  8. regularne kąpiele dłoni w ciepłej oliwie - muszę zacząć
Do wcierania i kąpieli

Gdy już ich stan się poprawi (bo nie biorę pod uwagę, że nie), to powoli wrócę do odżywek, a później lakierów, ale tych trwałych na początek, których nie będę musiała zmywać co drugi dzień narażając paznokcie na ciągły kontakt ze zmywaczem i lakierami.

A do tych dwóch panów wrócę za około 2 tygodnie

Przy okazji mam też nadzieję, że trochę wzmocnią się moje włosy :) A o efektach z pewnością Was poinformuję za około 2 tygodnie, a później za miesiąc. 

Już wielokrotnie zdarzyło mi się korzystać z Waszych sposobów na mocne i zdrowe włosy czy paznokcie, więc jeżeli macie jeszcze jakieś naturalne (i trochę mniej) rady, to poproszę o zostawienie ich w komentarzach! :)