Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem z filtrem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą krem z filtrem. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 11 maja 2015

Etude House Baby Choux Base Peach & Mint

No cześć!

Śpieszę dziś z małym uzupełnieniem poprzedniego postu o moich ulubionych kosmetykach z filtrami. Zupełnie zapomniałam o jednym produkcie, który w sumie i tak zasługuje na indywidualny post więc oto jest. 


A dzisiejszym bohaterem jest baza pod makijaż koreańskiej marki Etude House Baby Choux Base, którą mam w dwóch z trzech dostępnych wersji kolorystycznych - Peach i Mint.
Na początek jednak kilka oficjalnych informacji.


Ogólne założenia są takie, że cera po użyciu tej bazy będzie nawilżona, wygładzona i rozświetlona, makijaż będzie utrzymywał się dłużej, do tego kolor będzie wyrównany, a toner zastąpiony. A to wszystko z filtrem SPF33 PA++. Brzmi świetnie! Dodatkowo do wyboru są 3 warianty kolorystyczne, przeznaczone do różnych typów i problemów cery.


To teraz kilka słów ode mnie, a na początek kwestie techniczne. Bazy dostępne są wyłącznie w sieci, głównie na ebay w cenie około 10 - 12$, ale można je również spotkać na Allegro w cenie 50zł za 35g produktu. 


Tubka i aplikator są bardzo praktyczne i wygodne, a do tego cieszą oko. Z opakowania natomiast można się dowiedzieć w sumie tylko tyle, że baza ważna jest 12 miesięcy od otwarcia oraz że opakowanie podlega recyklingowi ;) Dla producenta plus za zafoliowanie produktu, dzięki czemu wiemy, że nikt nam w niej nie grzebał*.


No to teraz kilka słów o samej bazie. 
To, co przede wszystkim mnie w niej zainteresowało, to kolor, krycie i realna szansa na wyrównanie kolorytu cery - wszystko na podstawie próbki. W rzeczywistości bazy mają sporą ilość białego pigmentu, dzięki czemu po nałożeniu na skórę zauważalnie działają i koloryt rzeczywiście jest wyrównany, zaczerwienienia zmniejszone, a ewentualne przebarwienia delikatnie rozjaśnione.


Na co dzień najczęściej używam wersji brzoskwiniowej, a po zieloną sięgam gdy moje zaczerwienienia są bardziej widoczne, ale z obu baz jestem równie zadowolona. Warto jednak zwrócić uwagę, że ich kolor jest bardzo jasny, przez co nie tylko wyrównują cerę, ale też delikatnie ją rozjaśniają, więc nie wiem, czy nie będzie z nimi problemu przy śniadych karnacjach lub latem. 


W kwestii pozostałych obietnic raczej nie mam wyrobionej opinii. Nie zauważyłam szczególnego nawilżenia, chociaż niwelują ewentualne ściągnięcie skóry. Niestety nie zwróciły też mojej uwagi na szczególne przedłużenie trwałości makijażu, ale na pewno go nie skracają. Natomiast wygładzenie rzeczywiście jest, a do tego delikatne krycie, więc na wierzch wystarczy lżejszy podkład, albo niejednokrotnie można zrezygnować z korektora. Jednak największy plus dostają za wysoki filtr.



Sama na te bazy trafiłam przez przypadek, ale jestem bardzo zadowolona, że kupiłam pełne opakowanie. Brzoskwiniowa wersja jest dla mnie idealna na co dzień. Lekko wyrównuje kolor, delikatnie kryje i rozświetla, a do tego ma sensowny filtr, więc nie muszę się przejmować co nakładam na wierzch.

Gorąco ją Wam polecam i przy okazji może podzielę się kilkoma próbkami. Jest ktoś zainteresowany wypróbowaniem jednej z tych baz? Dajcie znać w komentarzach :) Napiszcie też co myślicie o tego typu produktach pod kątem codziennego stosowania.

* Przy okazji przypomniał mi się koszmar z Natury! Przy kasie stał stand z maskarami nowej, taniej marki, która tam chyba powoli wchodzi. I pomysłowe panie znalazły fantastyczny sposób na klientki, które bez wątpienia otwierały tusze, żeby zobaczyć szczoteczkę. Rozwiązaniem okazało się otwarcie każdego rodzaju tuszu i wystawienie ich szczoteczek w pierwszym rzędzie. Wielki plus za pomysłowość, szkoda tylko, że nikt tych szczoteczek z tuszu nie wyczyścił i UWAGA! otwarte tusze leżały obok, zaklejone taśmą klejącą. Jest ktoś, kto wierzy, że nie spróbują ich potem sprzedać? ...

piątek, 8 maja 2015

Garść sprawdzonych produktów z filtrem

Miałam dokończyć serię o wieczornej pielęgnacji, ale wczorajsza ładna pogoda (pierwszy raz tej wiosny spędziłam cały dzień na dworze) skłoniła mnie do małej zmiany. W związku z coraz dłuższym dniem i coraz mocniejszym słońcem postanowiłam podzielić się z Wami kilkoma sprawdzonymi produktami z zakresu ochrony przeciwsłonecznej. Chociaż raz przed, a nie po sezonie ;)


Zacznę od podstawy, jaką jest klasyczny krem z filtrem. W mojej kosmetyczce na stałe zamieszkały dwa tego typu produkty, oba marki La Roche Posay. Więcej na ich temat pisałam tutaj, ale z przyjemnością przypomnę najważniejsze rzeczy. Przede wszystkim oba filtry są skuteczne i doskonałe dla cer tłustych i mieszanych. Oba są też matujące, ale XL bardziej, oba lekko bielą i nie tylko nie skracają trwałości makijażu, ale nawet ją przedłużają - oczywiście XL bardziej. Cena około 10€. 
Gorąco polecam chociaż je wypróbować, zwłaszcza wersje zielone, czyli matujące.


Kolejne produkty na które chcę zwrócić Waszą uwagę, to opcja dla wygodnych, czyli podkłady z filtrem. Wiem, że aktualnie SPF znajdziemy w co drugim podkładzie / kremie BB, ale sama nie każdemu ufam, dlatego przedstawiam Wam tylko sprawdzone i skuteczne propozycje. I tak pierwsza z nich to jak zawsze Shiseido, który zawiera SPF30, a do tego jest bardzo trwały, wodoodporny i lekki. Idealnie sprawdza się nie tylko na co dzień, ale też na basen czy plażę. Kolejna propozycja to coś bardziej dla cer suchych i normalnych, czyli krem CC od Clinique. W tym przypadku również mamy SPF30, ale sam krem jest bardzo nawilżający i łagodny dla cery, niestety kolory nie zachwycają - jest ciemny. Ostatnia opcja to ponownie coś dla cer tłustych i mieszanych, ale tym razem od Givenchy. Tym razem SPF jest mniejszy - 20, ale równie skuteczny co u poprzedników i świetnie się sprawdza wiosną czy w pochmurne dni. Jeśli chodzi o sam podkład, to można powiedzieć, że łączy cechy poprzedników. Z jednej strony jest bardzo trwały i lekko zastyga, a z drugiej lekko nawilża i nie jest taki suchy. 


Wersja ekonomiczna z mojej kosmetyczki to natomiast podkłady Astor i Bourjois z ochroną kolejno SPF20 i SPF15. Oba są dobrą opcją na co dzień, na przykład do pracy, ale sama rzadko po nie sięgam, więc nie powiem nic więcej ;)


Kolejny kosmetyk to natomiast coś specjalnego, czyli krem BB od Vichy, oczywiście dla cer tłustych. W tym przypadku filtr jest bardzo wysoki - SPF50, a kolor dość ciemny, więc najlepiej sprawdza się na plaży czy wakacjach. Poza wysoką ochroną Vichy zadbało też o niezłą trwałość i nietłuste wykończenie, za co ma ode mnie bardzo duży plus. Nie wiem niestety, czy jest on już dostępny w PL, ale cena we Francji oscylowała w okolicy 12€.


Na koniec chcę Wam jeszcze pokazać bardzo praktyczny gadżet z ebay, jakim jest rozświetlający krem / żel / sztyft pod oczy z filtrem SPF30 marki Etude House. Jest to bardzo fajne rozwiązanie, ponieważ zwykłych filtrów nigdy nie daję pod same oczy, a ten produkt sprawdza się w tej okolicy idealnie. Delikatnie rozświetla, chłodzi i chroni przed słońcem - jestem zachwycona! Zwłaszcza przy cenie wahającej się w okolicach 6-9$.

Oczywiście niektóre z tych produktów już dawno miały swoją premierę na blogu, dlatego też niektóre marki są podlinkowane i to do nich odsyłam tych, którzy chcą wiedzieć więcej :)
A tymczasem napiszcie w komentarzach czy używacie już filtrów i jakich oraz co było Waszym numerem jeden latem i czy do tego wrócicie?


czwartek, 17 lipca 2014

Ochrona przeciwsłoneczna z La Roche - Posay

Nareście! 
Zbierałam się do tego postu od miesiąca, ale w końcu jest!
Zapraszam na prezentację moich ulubionych kremów do twarzy z wysokim filtrem od marki La Roche - Posay i od razu uprzedzam, że będą same zachwyty ;)


Wcześniej kremy z filtrem były dla mnie przykrą koniecznością. Zaciskałam zęby, smarowałam się 50tką i nie rozstawałam z pudrem matującym. Później przerzuciłam się na koreański krem BB z SPF35, ale ten świetnie się dopasowywał do odcienia skóry, co przy mojej bladej cerze i opalonym ciele wyglądało koszmarnie. Poza tym lubię podkłady i nie zamierzałam ograniczać się latem tylko do jednego produktu i tak wybrałam się we Francji do pobliskiej apteki, nie do końca przekonana czego chcę. Jako pierwszą intuicyjnie kupiłam wersję w tubce i przepadłam.
Oba kremy LRP mam w wersji anty - shine do cer tłustych i mieszanych.


Wersja w tubce, czyli Anthelios XL SPF 50+ to żel - krem o suchym wykończeniu, które ku mojemu zaskoczeniu rzeczywiście takie jest.
Jego formuła jest lekka i nietłusta, łatwo się rozprowadza na twarzy i po chwili jest na niej w ogóle nie wyczuwalny. Krem oczywiście bieli, ale mam wrażenie, że mniej niż inne produkty tego typu (na przykład Avene SPF50). Najfajniejsze jest w nim to, że świetnie nadaje się jako baza pod podkład, nie błyszczy się oraz nie tylko nie skraca trwałości makijażu, ale wyraźnie ją przedłuża! W przypadku zwykłych podkładów opóźnia błyszczenie strefy T o dobre 2 godziny, a w komplecie z Double Wear i pudrem CC od MAC niezmieniony wytrzymuje co najmniej 12 godzin i to w temperaturze bliskiej 30st.


Poza tym nie przesusza ani nie wzmaga przetłuszczania się cery i oczywiście nie zapycha. W kwestii niedoskonałości mam nawet wrażenie, że odrobinę pomaga im zapobiegać i ostatnio mogę sobie pozwolić na rzadsze używanie Effeclaru, a z moją cerą dalej nic złego się nie dzieje.


Po zachwycie nad Antheliosem XL uznałam że potrzebuję jeszcze coś lżejszego na jesień i gorszą pogodę, a tak naprawdę znalazłam pretekst, żeby wypróbować jego drugą wersję, która kusiła mnie głównie ze względu na opakowanie ;)


W przypadku Anthelios AC SPF30 suchą formę kremu - żelu zastąpił matowy fluid, który jest lżejszy, ale też nie do końca tak matujący jak jego brat XL. Jego formuła jest bardziej lejąca, jakby lekko silikonowa i nakłada się jeszcze łatwiej niż poprzednik.


Po nałożeniu na cerę również lekko zastyga, ale nie do suchego matu jak wersja XL, a zostawiając lekką warstwę jakby fluidu właśnie. W praktyce ułatwia to aplikację podkładu oraz sprawia, że cera wydaje się bardziej rozświetlona, nawet po użyciu pudru matującego. Dla mnie jest to plus i miły dodatek, ale dla fanek 100% matu może nie być najlepszym rozwiązaniem.


Wersja AC z SPF30 również nie skraca trwałości makijażu, ani nie wzmaga błyszczenia cery, ale niestety nie działa też tak pozytywnie jak jej poprzednik XL SPF50+. Porównując je dalej - bielenie AC jest mniejsze, a kwestie działania na cerę dokładnie takie same.

Różnica w konsystencji, po lewej AC

Na koniec najważniejsze, czyli ochrona przeciwsłoneczna, a ta jest na najwyższym poziomie. Oba kremy świetnie zabezpieczają przed promieniami słonecznymi, ich działanie jest długotrwałe i nie straszne im działanie wody, oczywiście w rozsądnej ilości. Filtr 50 kilkakrotnie sprawdzałam nad morzem, na basenie, czy spędzając cały dzień na ulicach Lazurowego Wybrzeża (temperatura powyżej 30 stopni i ani jednej chmury) i po każdym użyciu moja cera była równie blada i nie muśnięta słońcem jakbym spędziła cały dzień w domu.

Widać, że wersja AC bieli znacznie mniej, niż 50
Odkąd przerzuciłam się na filtry LRP ich aplikacja nie jest dla mnie tylko przykrym obowiązkiem, ale czuję, że robię dla mojej cery coś dobrego. Mój makijaż wygląda lepiej, przetłuszczanie i niedoskonałości może nie są wyeliminowane, ale opanowane na pewno, ochrona przeciwsłoneczna jest skuteczna, a używanie ich sprawia mi przyjemność, więc chętnie sięgam po nie codziennie rano, nawet jeśli nie wychodzę z domu.
Podsumowując jestem z nich bardzo zadowolona i z pewnością oba kupię ponownie - XL na lato, a AC na resztę roku.
Gorąco polecam oba te kremy, ale w wersjach zielonych do cer tłustych i mieszanych, ponieważ o tych do cer suchych słyszałam różne opinie.

Oba kremy mają pojemność 50ml, są dodatkowo zapakowane w kartonik z ulotką i za każdy z nich zapłaciłam 12€ w aptece.

A jakiego kremu z filtrem Wy używacie aktualnie i dlaczego ten?

piątek, 16 maja 2014

Moje sprawdzone sposoby na piękną opaleniznę

Z tego co wiem pogoda w Polsce nie rozpieszcza, ale mam nadzieję, że już niedługo się to zmieni, a Wam przydadzą się mini recenzję produktów do i po opalaniu, które dziś przygotowałam.
Wszystkie przedstawione produkty to taki must have mojej letniej kosmetyczki zarówno na wakacjach, jak i wtedy, gdy spędzam lato w domu. Zatem zapraszam Was dalej, nawet tylko po to, żeby pooglądać kilka zdjęć w pełnym słońcu ;)


Na początek oczywiście ochrona przeciwsłoneczna. Moja skóra opala się bardzo łagodnie, od razu na brąz i muszę się naprawdę napracować, żeby się poparzyć na słońcu, więc filtr 20 w zupełności wystarcza, ale z tej serii dostępne są również filtry 30 i 50. Mleczko z filtrem Avene ma bardzo wygodne opakowanie z praktycznym aplikatorem o pojemności 200ml, a zapłaciłam za niego 13€ (niestety nie wiem, czy jest dostępne w PL). 


Produkt ładnie się wchłania i ma przyjemny zapach, a do tego jest very odporny na wodę, niekomodogenny i odpowiedni dla alergików. Psikacz działa bez zarzutu dozując taką ilość mleczka, jak na powyższym zdjęciu w sposób bardzo skoncentrowany, bez rozbryzgu na całe otoczenie, za co wielki plus.


Chociaż poprzedniego produktu można użyć również do twarzy, to zwykle przy pełnym słońcu wybieram coś mocniejszego, a obecnie jest to krem z filtrem 50 dla dzieci z Hipp. Kosmetyk zapakowany jest w poręczną tubkę z pompką, a kupiłam go w Niemczech za około 5€. Wydaje mi się jednak, że w tym roku widziałam go też w polskich Rossmannach. 



Jest to świetny kosmetyk na plażę i w wolny dzień, który lekko bieli cerę i długo się wchłania, ale za to odczuwalnie nawilża. Dawniej zdarzało mi się go używać również pod makijaż i było ok, ale solo spisuje się lepiej, podobnie jak podkłady lepiej współgrają z moją nowością, ale o tym innym razem ;)


Przez ponad 5 lat w ogóle się nie opalałam - nie tyle stosując wysokie filtry, co w ogóle unikając słońca. Skończyło się to tym, że gdy w zeszłym roku chciałam złapać odrobinę koloru, za nic mi to nie wychodziło. Z pomocą przyszedł internet i produkt z Ziaji. Jest to olejek o czekoladowym zapachu, który ma na celu przyspieszyć opalanie oraz sprawić, że od początku nasza opalenizna będzie brązowa, a nie czerwona. Świetnie się sprawdza zwłaszcza używany na wchłonięty krem z filtrem. 
 

Opalenizna pojawia się szybciej i rzeczywiście ma ładny odcień, chociaż z tym sama nigdy nie miałam problemów - opalam się na miodowy brąz, nigdy nie na odcienie różu ;) Dodatkowym plusem jest lekkie nawilżenie i śmieszna cena około 10zł.


Na koniec kosmetyk wykańczający. Gdy już złapię odrobinę koloru lubię stosować kosmetyki rozświetlające, które pięknie go podkreślają i upiększają. W tym celu bardzo dobrze sprawdza się balsam z Lirene, który jest właściwie przezroczystym żelem o zerowych właściwościach nawilżających, ale za to przepełniają go złote drobinki, które pięknie mienią się w słońcu podkreślając kolor skóry. 

 
Świetną alternatywą jest złoty olejek z Nuxe, który moim zdaniem ma ładniejszy odcień, dyskretniejsze drobinki, rzeczywiste właściwości nawilżające i dużo wyższą cenę, ale ja lubię stosować olejki na mokre ciało zaraz po kąpieli i nadmiar wycierać ręcznikiem, co trochę mija się z celem, więc zawsze wybieram wersję klasyczną, a ta z drobinkami od dłuższego czasu czeka nieotwarta ;)

Nie tylko aparat nie mógł się zdecydować, na co łapać ostrość ;)




To na tyle z części kosmetycznej, ale pokażę Wam też kilka zdjęć z backstage'u ;)


Muszę przyznać, że dziś bawiłam się zaskakująco dobrze robiąc zdjęcia do postu :) Woda chociaż bardzo zimna, to i tak była idealna i upragniona, więc przez cały czas starałam się mieć z nią chociażby najmniejszy kontakt ;) 


Miałam też okazję obserwować dwa malutkie kraby jedzące wodorosty :D


Chętnie poczytam, czy macie odpowiedniki kosmetyków, które dziś przedstawiłam, a które są Waszymi ulubieńcami i must have na lato :)