Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sleek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sleek. Pokaż wszystkie posty

sobota, 3 maja 2014

Korektor pod oczy Sleek Luminaire Highlighting Concealer L02

W tym roku przeżyłam fazę na korektory pod oczy, które jeszcze w zeszłym roku używałam sporadycznie. Było już o moim pierwszy tego typu produkcie od Alverde, który miał problem ze zbieraniem się w zmarszczkach, więc dziś będzie o kosmetyku, który miał go zastąpić. A jest to Sleek Luminaire Highlighting Concealer w kolorze L02, czyli rozświetlający korektor pod oczy w pędzelku. 


Na początek opis produktu ściągnięty z cocolita.pl, gdzie kupiłam mój egzemplarz:
Luminaire Highlighting to korektor firmy Sleek Makeup, który pięknie rozświetla okolice oczu ponadto znakomicie nawilża je.  
Rozjaśnia podkrążone oczy, ukrywa przebarwienia i maskuje niedoskonałości pozostawiając natychmiastowy efekt idealnego lśnienia.Korektor posiada wygodny aplikator w formie pędzelka z elastycznym włosiem dzięki któremu nałożymy kosmetyk w wygodny sposób.


Rozjaśnia skórę w subtelny sposób - nie ma w nic nic błyszczącego żadnych drobinek, efektu "glow". Rozświetlenie jest widoczne, ale na zasadzie odświeżonej i promiennej skóry. Osiągniesz nim optymalny efekt kiedy potrzebuję zakrycia zarwanej nocy, niewielkich cieni czy zmęczonych oczu. Sprawi, że skóra wokół oczu jest rozświetlona w naturalny sposób.



Korektor dostępny jest w pięciu odcieniach, które są do obejrzenia TU. Kupujemy go w czarnym kartoniku, na którym zawarte są wszystkie informacje na jego temat, w tym skład. Cena za 3ml to około 31zł w polskich drogeriach internetowych.
Skład: Aqua (Distilled Water), Glyceryl Tricaprylate Tricaprate, Glyceryl Stearate, Stearic Acid, Propylene Glycol, Dimethicone, Petrolatum, Paraffinum Liquidum (Mineral Oil), Cera Alba, Triethanolamine, Phenoxyethanol, Tocopheryl Acetate, CI 77499 (Iron Black Oxide), CI 77491 (Iron Oxide Red), CI 77492 (Yellow Iron Oxide), CI 77891 (Titanium Dioxide). 


Wewnątrz kartonika znajduje się klasyczne czarne, opakowanie z pędzelkiem i klikaczem na końcu. Nie wiem czy to kwestia mojego egzemplarza, czy mają tak wszystkie, ale ten klikacz / dozownik jest beznadziejny. Przed pierwszym użyciem musiałam się nieźle napracować, żeby w ogóle pojawił się produkt, ale to chyba normalne dla tych opakowań. Zawiedziona jestem tym, co było dalej przy kolejnych użyciach. Jedno kliknięcie i nic, kolejne podobnie, a później na raz wyskakuje ilość, która jest zbyt duża nawet na dwie aplikacje. Mimo to i tak pozostanę fanką takich rozwiązań.

Według cocolita.pl mój odcień L02 przeznaczony jest do ciemniejszych karnacji, ale jest to totalna bzdura. Producent poleca go do jasnych karnacji z ciepłymi żółtymi tonami i z tym się absolutnie zgadzam. Korektor zgodnie z przeznaczeniem stosowałam pod oczy na nałożony wcześniej lekki krem. 


Konsystencja jest dosyć gęsta, kremowa jakby pudrowa. Aplikacja po pominięciu problemów z dozowaniem jest bardzo prosta i przyjemna, ale konieczny jest palec lub inny pędzelek do rozsmarowania go pod oczami. Krycie jest całkiem niezłe, dla mnie na pewno wystarczające. Trwałość pozytywnie. Na szczęście nie wchodzi w zmarszczki i nie znika w ciągu dnia. Wychodzi więc, że jest to bardzo dobry produkt, ale niestety nie do końca. 


W czym problem? Nie do końca podoba mi się jego wykończenie. Miał to być korektor rozświetlający i nawet jak na złość tak wyszedł na zdjęciach, ale nie całkiem taki jest. W praktyce efekt jest jakby pudrowy i matowy, co trochę gasi oko. Jednak patrząc na zdjęcia podoba mi się coraz bardziej ;) Czy nawilża? Hmm raczej mam wrażenie, że wysusza, ale to przez ten efekt. Długoterminowo nie zauważyłam rzeczywistego pogorszenia stanu skóry, chociaż nie używam go codziennie. Mimo tego sięgam po niego bardzo często i jestem całkiem zadowolona. Na pewno bez problemu go wykończę, ale nie kupię ponownie, zwłaszcza teraz, gdy poznałam korektory MAC i Estee Lauder ;)

Podsumowując:
+ kolor i ich wybór
+ krycie
+ trwałość
+ cena
+ nie wysuszył skóry
+ nie podrażnił

+/- opakowanie
+/- dostępność
+/- pudrowy, lekko matowy efekt

Moja ocena: 4+, czyli dobry produkt, ale do ideału trochę mu brakuje
gdzie 1 - porażka, 6 - hit

Używałyście tego lub podobnego korektora?

wtorek, 8 kwietnia 2014

Sleek Pout Paint w kolorze Peachy Keen

Ostatni okres jest koszmarny dla mojej cery, a do tego zawiodło mnie sporo kosmetyków, więc zdradzając główny punkt postu, kontynuuję narzekanie. Wczoraj narzekałam tak tylko troszkę, za to dziś ajj... Zapraszam dalej ;)


Tym razem, jak widzicie po tytule, narzekać będę na farbkę do ust od Sleek i jeszcze na redakcję Vivy ;) W jednym z numerów znalazłam zdjęcie, którego fragment wrzuciłam Wam powyżej. Zdjęcie było oczywiście bez podpisu czy listy wykorzystanych kosmetyków, a te które poleca redakcja nijak mają się do tego, co zainteresowało mnie najbardziej, czyli pastelowo pomarańczowych ust. Ale co tam. Dużą, zaradną dziewczynką jestem, więc poradziłam sobie sama.


Wybór padł na farbkę Sleek. Produkt zapakowany jest w zaskakująco wygodną tubkę z dzióbkiem, więc przed aplikacją musimy wycisnąć ją na dłoń, lub inną powierzchnię i nanieść na usta za pomocą pędzelka lub palca. Cena około 28zł za 8ml produktu, więc mało nie jest, ale tragedii nie ma.


Mój kolor to 156 Peachy Keen, czyli piękny pastelowy pomarańcz, dokładnie taki jak w gazecie. Kolorów jest sporo, bo chyba 9, a do tego biel i możemy je ze sobą dowolnie mieszać, tworząc nowe odcienie, za co duży plus.


Zanim ją kupiłam, to zasięgnęłam informacji w sieci, bo coś mi świtało, że nie są to łatwe produkty. Znalazłam jednak sporo całkiem pozytywnych opinii, więc zaryzykowałam, zamówiłam i cieszę się, że tylko ten kolor... 


Używałam jej na 3 sposoby:
1. samą, na suche usta - tragedia i trwałość do pierwszego zaciśnięcia / ruchu ust...
2. zmieszaną z Duraline - jak wyżej
3. nałożoną palcem na usta pokryte Duraline, odciśniętą, przypudrowaną i z wklepaną kolejną warstwą - daje radę, chociaż uzyskujemy półmat, aplikacja jest skomplikowana i zajmuje dużo czasu, trwałość to ok. 3h, gdy nic nie jemy, nie pijemy i w ogóle nasze usta niczego nie dotykają
Na zdjęciu powyżej widać, że ma potencjał i potrafi dobrze wyglądać. Jednak zdjęcie u góry jest  po wykorzystaniu sposobu 3, po lewej po 2 i zrobione zaraz po aplikacji, a zdjęcie po prawej to także sposób 3, ale po jakimś czasie.


Patrząc na zdjęcie powyżej chyba wszystko jest jasne. Taki efekt otrzymuję zaraz po aplikacji, lub po kilku chwilach i mam na myśli czas poniżej 30 minut. Co jeszcze? W ogóle nie zastyga!! Można jej dotknąć palcem nawet po godzinie, a ona cała się odbije (oczywiście, jeżeli nie jest nałożona trzecim sposobem, wtedy odbija się tylko trochę)! Do tego porządnie brudzi wszystko, czego się dotknie. Pędzelek jest trudny do wyprania, a biały ręczniczek z Ikea, w który wytarłam po niej palce i usta nie doprał się po 2h prania w 40 stopniach...
W dodatku na opakowaniu jest napis Highly pigmented lip stain... to się uśmiałam...

Podsumowując:
+ kolor

- trudno uzyskać nią równomierne krycie
- w ogóle nie zastyga
- zerowa trwałość, o ile nie poświęcimy jej dużo czasu i pracy, co przedłuża ją do średniej
- po najmniejszym ruchu ust (zaciśnięciu, uśmiechu, rozmowie) migruje
- aplikacja jest koszmarna
- nawet najmocniej utrwalona nie przetrwa nawet herbaty
- schodzi nierównomiernie
- trwale brudzi materiał
- ciężko ją wyprać z pędzli

Myślę, że najlepszym podsumowaniem będzie ostatnie zdjęcie, zrobione zaraz po aplikacji i jednym zaciśnięciu ust. Widziałam różne opinie na jej temat, więc może to kwestia koloru, lub mojego braku umiejętności, ale jeszcze z niczym nie współpracowało mi się tak ciężko i z tak miernym efektem... Myślałam, żeby spróbować jej na policzkach, ale mam spore obawy biorąc pod uwagę efekt na ustach...


Moja ocena 2, za kolor i to, że po długiej i mozolnej pracy coś tam da się z niej wykrzesać, poza tym totalna porażka
gdzie 1 - porażka, 6 - hit

A co Wy myślicie na jej temat? Miałyście? Używałyście? Jak się sprawdziła?

Uff skończyłam myć okna! :D Nawet to lubię, ale pierwsze pięć, potem jest coraz gorzej ;) Ah no tak i zaczęło padać ;)

sobota, 8 lutego 2014

Ulubiony makijaż

Dziś szybki post weekendowy czyli makijaż, który obecnie jest moim ulubionym. Główne składniki to cień w kremie MAC w kolorze Stormy Pink i doskonale do niego pasujące fiolety z paletki Sleek Garden of Eden. Oczywiście oba kosmetyki miały już swoją premierę na blogu i nazwy są podlinkowane :)

One - Photo - Post ;)

Na powyższych zdjęciach musiałam się trochę pobawić kontrastem, żeby w ogóle było widać, że coś mam na twarzy, a i tak efekt nie powala ;) Na żywo jest lepiej i bardziej efektownie :)

Tak więc na górnej powiece mam MACzka w roli bazy i trzy środkowe cienie z górnego rzędu rajskiej palety Sleek. Na dolną powiekę nałożyłam również trzy środkowe cienie z górnego rzędu drugiej nowości Sleek - Vintage Romance. (Obie palety tutaj klik, VR jest na zdjęciu do góry nogami). Kreska wykonana czarnym eyelinerem w żelu od Maybelline (alternatywnie fioletowym), a na dolnej linii wodnej z uporem oswajam się z cielistą kredką Max Factor, chociaż wolę ciemniejsza, a najlepiej czerń ;) Do tego dalsza zabawa sztucznymi rzęsami, tym razem połówki Ardell. 

Na dużym zdjęciu widać moje lekko turkusowe końcówki włosów, które swoją drogą są ostatnio w fantastycznej kondycji! Jak się zbiorę to w końcu Wam pokażę je w całości ;)

Miłego weekendu Wam życzę!

czwartek, 6 lutego 2014

Prawie jak pierwsi ulubieńcy czyli najczęściej używane w styczniu

Zabierałam się do tego posta jak pies do jeża, a sama nie wiem dlaczego. W końcu postawiłam warunek nie ma posta, nie ma spania, co jest świetnym wytłumaczeniem, żeby moje włosy mogły w końcu całkiem wyschnąć przed spaniem ;)*

Najczęściej używani w styczniu 

Bardzo lubię posty z podsumowaniami i ulubieńcami, ale ten nie jest całkiem taki. Gdybym miała określić styczeń pod względem kosmetycznym, to na pewno byłyby to zakupy i nowości. Dlatego też w tym miesiącu skupiłam się na testowaniu nowych zabawek oraz wykończaniu starych. Ulubione kosmetyki poszły na bok, a ja wiele się uczyłam, również pierwszy raz z filmików na youtube.

Zapraszam do krótkiej prezentacji kosmetyków, które najczęściej używałam w styczniu 2014. 
Pielęgnacji nie uwzględniam, bo ta u mnie jest raczej stała i zrobię na ten temat osobnego posta :) Zwłaszcza, że jest kilka hitów!


Na pierwszy ogień idą produkty do twarzy. Świetny kosmetyk, za którym nie szaleje, ale zawsze używam, to Dermacol Make - up cover, w roli korektora. Rano po chleb zdarzało mi się stosować tylko jego, w komplecie z pudrem i różem i zaskoczona przyznaję, że podoba mi się takie rozwiązanie raz na jakiś czas. W tym zestawieniu korektor znalazł się ze względu na idealnie dobrany pędzelek, o którym dalej.
Podkłady przewinęły się różne, ale postanowiłam wykończyć żelową wersję Rimmel Match Perfection Cream Gel Foundation w odcieniu 200. Najlepiej nam się pracuje wiosną i latem, ale była resztka, więc chciałam go zużyć i to po niego sięgałam najczęściej.
Pierwsza część miesiąca należała do pudru e.l.f. Complexion Perfection. Nie zachwyca mnie, ale że leżał w szufladzie zaniedbany, to postanowiłam się nim zająć ;) Później przyszedł Puder bambusowy z Biochemii Urody i to nim bawię się do tej pory. Byłby to bez wątpienia ulubieniec.
Teraz produkty na nowo odkryte, czyli bronzery i rozświetlacz. NYX blush w kolorze taupe to też nowość, a więcej o nim TU. Fantastyczny produkt, którego używam non stop i na pewno napiszę o nim więcej. Dalej był bronzer e.l.f. Warm bronzer, którym opalam całą twarz, czego wcześniej nie umiałam, a efekt niezmiennie mnie zachwyca. Osobny post na jego temat o TU. W każdym makijażu towarzyszył mi rozświetlacz z Bourjois Touche Illuminatrice, z serii popularnych róży, w kolorze 96 Rose Universel. 


Usta opanowały również dwie nowości. Pierwsza to pomadka z Maybelline w bardzo moim kolorze 220 Lust for blush, a druga to jej odpowiednik z Loreal Color Riche Balm 819 Carmel Comfort. Obie nie wykazują na moich ustach właściwości pielęgnacyjnych czy ochronnych, ale też nie szkodzą, a pięknie wyglądają. Szminki poszły na bok, chociaż zawsze wracałam do nich w chłodniejszych miesiącach
.
Kolejny powód nazwania posta najczęściej używanymi, a nie ulubieńcami, to paleta Sleek Au naturel. Zamówiłam ją, bo spodobały mi się matowe i naturalne kolory. Niestety to, co u innych mnie zachwyca, u mnie nie zawsze się sprawdza i tak było tym razem. Cienie może i zgrabne, ale jednak nie całkiem moje. Miałam też problem aplikacją i rozcieraniem matów. Z tego powodu też, odkąd ją dostałam była stałym elementem mojego makijażu, aż nie przyszły kolejne, najnowsze paletki ;) Po tym czasie muszę przyznać, że ją oswoiłam i polubiłam. Jestem w stanie wyciągnąć ją rano i na szybko zrobić bezpieczny, mój, makijaż. 

Regularnie też używałam MACzka Pro Longwear Paint Pot w cudownym kolorze Stormy Pink. Idealny jako baza i sam, a przede wszystkim świetnie pasują do niego fiolety z Garden of Eden. Uwielbiam jego i to połączenie.

Osobnym tematem są pędzle. Od grudnia pojawiło się u mnie bardzo dużo nowości, a te ze zdjęcia to na pewno jedne z moich ulubionych. Pierwszy od góry to fantastyczny pędzel do pudru Real Techniques Powder Brush, którym fantastycznie nakłada się puder - lekko, naturalnie i niewiele.  
Hakuro H24 na początku miesiąca wykorzystywałam do nakładania bronzera Honolulu, później do NYXa, a obecnie do różu. W każdym zastosowaniu na plus. 
Małą kuleczkę RT czyli Setting Brush początkowo używałam do rozświetlacza, ale wydaje mi się za twarda do theBalm, którego stałam się szczęśliwą posiadaczką, więc obecnie konturuję nią twarzy przy pomocy NYXowego taupe. Ostatnim ulubieńcem jest niepozorny ebayowy pędzel z chińskiego zestawu. Jessup? Zestaw składał się z 4 małych puchatych, bardzo delikatnych pędzli do makijażu oczu, które miały być odpowiednikami tych do twarzy. Kupiłam go z myślą o nakładaniu i rozcieraniu cieni, ze względu na ogromną popularność aukcji z tymi pędzlami. Po jakimś czasie okazało się, że doskonale się sprawdza do aplikacji korektora i tak też go używam. Dwa przeznaczyłam do oczu, dwa do korektora.


Na koniec tusze do rzęs, ponieważ bardzo się na nich skupiłam w styczniu. Czy Wy też nie możecie wykończyć tuszu? W moich zapasach czekają 4 nowe nieotwierane tusze do rzęs!! a ja dalej męczę te dwa z Max Factor. Dwóch innych już się pozbyłam, tłumacząc sobie że zgęstniały i nie ma co ich ratować, bo lepsze czekają. Fakt, że oba podratowałam Duraline, co chyba znacząco zwiększyło ilość produktu. Tak czy inaczej na moich rzęsach te dwa tusze (False Lash Effect Fusion Volume & Length oraz 2000 Calorie Dramatic Look) nie powalają, ale efekt jest bardzo dobry, więc zamierzam je wyzerować. Natomiast Wibo Growing Lashes Stimulator Mascara używam do dolnych rzęs i w tej roli świetnie się sprawdza. Na górnych nic specjalnego. Zapomniałam wrzucić osobnego zdjęcia małego tuszu z Sephory, który jest na głównym. Ten tusz teoretycznie nadaje się też do rzęs, ale to jakiś żart. Używam go do brwi i w tej roli spisuje się bardzo dobrze, ale też jest na liście do wykończenia, a cała nazwa to Mascara Cils & Sourcils Lash & Eyebrow Mascara. 

Uff to tyle. Niby takie nic, a jednak dużo się uzbierało. Z pewnością zrobię taki post w lutym, ale wtedy już z ulubieńcami. Jest dopiero 5ty dzień miesiąca, a kilka moich kosmetycznych romansów przeszło już w trwałe związki ;)

Używałyście któregoś z tych produktów?

* udało się, są suche i pięknie błyszczą ;)

wtorek, 4 lutego 2014

Sleek Garden of Eden

Wciąż odwlekam post o kosmetykach, które najczęściej używałam w styczniu, ale znów pojawił się temat bardziej naglący ;) Przez cały dzień fantastycznie świeciło słońce więc postanowiłam to wykorzystać i w końcu zrobić swatche palety Sleek Garden of Eden. W sumie dobrze wyszło, że trochę zwlekałam, bo dzięki temu pokażę Wam też kilka makijaży, które nią wykonałam w ostatnim czasie. Zapraszam na prezentację.

Klasyczne opakowanie - palet mam dopiero 4, a już mi się mylą ;)

Używam jej codziennie odkąd do mnie przyszła więc całkiem nieźle poznałam zawartość najnowszej czarnej kasetki. Post obrazkowy, bo przecież to Wszystkich interesuje najbardziej ;)

W paletce mamy jak zawsze 12 cieni o pasujących do tematu nazwach. Mamy tu 3 maty, 2 maty z brokatem, 7 cieni satynowo - perłowych. Dla mnie to jeszcze satyna, ale kto wie? ;)

Sama paletka w różnym świetle

Krótki opis cieni od górnego rzędu od lewej strony, a potem tak samo dolny:
Gates of Eden - satynowa, pigmentacja 3/5
Eve's Kiss - kolejna satyna i mój ulubieniec. Pigmentacja 4/5
Paradise on Earth - satyna, pigmantacja 5/5
Python - satyna, pigmentacja 5/5
Forbidden - mat ze złotym brokatem, piękny mój kolor, ale pigmentacja 2/5
Flora - mat, pigmentacja 5/5
Entwined - mat ze złotym brokatem, i jak u poprzednika fajny kolorek, ale słaba pigmentacja 2/5
Adam's Apple - mat i najsłabszy cień w palecie. Pigmentacja 1/5, nałożyłam kilka warstw do zdjęć, a i baza niewiele pomaga
Fig - satyna, ze względu na jasny kolor pigmentacja 3/5
Evergreen - satyna, pigmentacja 4/5
Fauna - satyna, pigmentacja 5/5
Tree of Life - mat, pigmentacja 5/5 - to taka standardowa czerń, ale zielona. Fantastyczna pigmentacja, idealna do kresek

Zdjęcia bez bezpośredniego światła:

Zdjęcia w cieniu, przy dobrym dziennym świetle

I przy oknie:

Bezpośrednio w słońcu

Jestem z tej palety bardzo zadowolona. Najczęściej używam fioletów, które tak do końca fioletami nie są, czyli: Eve's Kiss, Paradise on Earth oraz Forbidden. Wszystkie świetnie wyglądają z moim ulubionym MACzkiem Stormy pink, w roli cienia bazowego. Fig, Evergreen i  Fauna najczęściej używam na dolną powiekę, natomiast jeżeli decyduję się na zieleń na górnej powiece, to Tree of Life służy roztarty jako kreska, albo z pomocą Duraline jak liner.
Najsłabszy cień to na pewno jasna matowa zieleń Adam's Apple. Nakładam go kilka warstw, żeby w ogóle był widoczny na powiece, a to wszystko oczywiście na bazie. 

Trwałość jak zawsze u mnie bez zarzutu - z bazą (inaczej cieni nie używam) cały dzień, aż do demakijażu. Łatwo się aplikują, lekko pylą, ale dobrze nabrane na pędzelek nie zostawiają mi nic pod okiem. Dobrze się rozcierają i współpracują ze sobą. Kupiłam ją ze względu na 4 środkowe cienie z górnego rzędu i ładne odcienie zieleni, której jednak miałam nie używać, ale cała sprawdza się bardzo dobrze.

To jeszcze kilka makijaży, które w ostatnim czasie wykonałam z jej użyciem.

Pierwszy, z zielenią na górnej powiece i fioletem na dolnej. Polubiłam, ale z rzęsami

Odwrotnie niż w poprzednim, górna powieka - love

Na górnej powiece brązy z Au Natural i zieleń na dolnej, bardzo mojo

Podsumowując, to bardzo fajna paleta, nie tylko dla fanek zieleni. Sama chociaż byłam sceptyczna, dzięki niej odkryłam, że ten kolor faktycznie ładnie podbija moją tęczówkę, a fiolety są absolutnie piękne i bardzo moje. Co ciekawe w tym samym czasie kupiłam wymarzoną Vintage Romance i codziennie ją otwieram, podziwiam i odkładam, żeby nacieszyć i popracować z tą. Nie spodziewałabym się tego ;)

Jak Wam się podoba nowość od Sleek? Macie już, albo zamierzacie kupić, czy Was nie porwała?

piątek, 31 stycznia 2014

Kolejne zamówienie na cocolita.pl

Obiecuję, że to już koniec zakupów (w najbliższym czasie ;)). Póki co pochwalę się Wam jakie cuda zmówiłam tym razem. Same perełki ;)

Wszystkie cudeńka
  
Zakupy ponownie zrobiłam w sklepie cocolita.pl. Odkryłam ten sklep dopiero niedawno i jestem zachwycona, bo mają fantastyczny asortyment! Kosmetyki Sleek, theBalm, Revlon, e.l.f, to tylko początek, ale też główne powody, dla których ostatnio ich często odwiedzam ;) odwiedzałam, bo teraz przerwa.   
Przy okazji gorąco polecam Wam zakupy w tej drogerii. Przejrzysta strona, łatwe i jasne kupowanie, bardzo miły kontakt a do tego szybka przesyłka - love. Jeśli jesteście zainteresowane, to mam kupon zniżkowy na 10zł na kolejne zakupy i rabat 5%, którymi chętnie się podzielę :)

Główny sprawca zamieszania

Zaczęło się od rozświetlacza. Odkąd nauczyłam się używać bronzerów, równie często sięgam po rozświetlacz. Mój dotychczasowy jest spiekany i trudny w obsłudze. Padło więc na potencjalny ideał, czyli markę theBalm i chyba już kultowy Mary-Lou Manizer. Pierwsze wrażenia? Widać na zdjęciu ;)

W rzeczywistości są równie piękne co na zdjęciach

W przypadku paletek Sleek bardzo zaskoczyłam samą siebie. Wzdychałam do zapowiedzi Vintage Romance, ale z czasem stwierdziłam, że te kolory owszem są piękne, ale raczej nie znajdą zastosowania w moim codziennym makijażu. Dlatego chociaż cały czas uważałam, że są śliczne, to zamówiłam ją dopiero teraz, przy okazji. Odwrotnie było z Garden of Eden. Na początku nie interesowała mnie w ogóle. Zielenie? phi, nie moje. Z czasem doszłam do etapu muszę mieć i mam obie, z czego już teraz jestem bardzo zadowolona :)

Kilka nieplanowanych pozycji, z których jestem bardzo zadowolona
Przy okazji do koszyka wpadły mazidła do ust 050 Precious od Revlon i  219 Plush Plum od Loreal, z których po pierwszych testach jestem zadowolona. Ponieważ mój korektor pod oczy jest w słoiczkowy - gęsty i tępy, to postanowiłam spróbować takiego z pędzelkiem. Wybór padł na Sleek. Zaryzykowałam też i zamówiłam sztuczne rzęsy. Kiedyś, dawno temu, miałam kępki kupione w małej drogerii i to była totalna porażka. Tym razem zamówiłam popularne Ardell i na próbę jedną parę od e.l.f.. Dziś nosiłam te drugie i nawet mnie do siebie przekonały. 
Na zdjęciach brakuje podkładu od MaxFactor, ale powoli zabieram się do osobnego posta o nim, więc wtedy nadrobię.

To jeszcze szybkie zdjęcia z szybkiego makijażu. Na oczach oczywiście Garden of eden, a rzęsy to e.l.f..

Kiedyś na pewno nauczę się robić sobie zdjęcia lustrzanką, ale rzęsy widać :)
W gratisie dostałam sypki cień do powiek Sleek, w kolorze czarnym. W czasie transportu rozsypał się wewnątrz opakowania i po otwarciu...! Wyobraźnie sobie bardzo drobno zmieloną czerń z palet Sleek. Tą bardzo dobrze napigmentowaną czerń, która nagle jest na całych dłoniach i wokół nich. Po sprzątaniu boję się go otworzyć ponownie ;)

Ehh Odkąd piszę tego bloga inaczej (realnie) patrzę na ilość kosmetyków, które wpadają do koszyka i kosmetyczki. Sporo tego, ale teraz chyba mogę powiedzieć, że mam wszystko z mojej listy. Zostało kilka pozycji, ale drobnych, przy okazji ;)

wtorek, 28 stycznia 2014

O makijażu w fioletach

Żeby móc się trochę przedstawić, pokażę Wam dziś jeden z moich ulubionych makijaży. Na co dzień oczy maluję raczej mocno. Uwielbiam czarną kreskę, satynowe cienie i długie wyraźne rzęsy plus neutralne usta.

Pierwszy makijaż na blogu :)

Zazwyczaj decyduję się na jeden z dwóch schematów: ciepłe brązy na górnej powiece i kolor (róż, fiolet, zieleń, niebieski, pomarańcz) na dolnej lub, jak w tym przypadku, fiolet ewentualnie róż na powiece górnej i brąz na dolnej. W takich makijażach podobam się sobie najbardziej. Ostatnio natomiast oswajam jasne brązowe maty, ale nie jestem do nich do końca przekonana, chociaż podobają mi się u innych. 

Niestety światło było okropne, a ja dopiero uczę się robić zdjęcia, więc wyszły trochę (nie oszukujmy się, bardzo a nie trochę) ciemne. W rzeczywistości mam znacznie jaśniejszą cerę ;)

Ojj ciemne :/ ale chyba widać o co chodzi

 Cały makijaż wykonałam kosmetykami z poniższego zdjęcia.

Tym się bawiłam
 Twarz: 
  • Dermacol jako korektor
  • podkład Revlon Colorstay Warm golden
  •  bronzer W7 Honolulu
  • róż P2 Sweet rose
  • rozświetlacz Bourjois 
Oczy
  • baza Ingrid Cosmetics
  • dwa cienie z fioletowej palety Technic na górnej powiece
  • róż z palety Slee Oh so special w wewnętrznym kąciku oka, a brąz na brwiach
  • cień Bourjois Ombre Stretch 12 Taupe Modulable na dolnej powiece
  • na dolnej linii wodnej cielista kredka z Max Factor
  • kreska fioletowym eyelinerem Maybelline
  • przy linii rzęs kreska czarnym eyelinerem w pisaku od Essence
  • Na rzęsach jedna warstwa False Lash Effect Fusion Max Factor + druga tuszem 2000 calorie
Usta
  • kredka do ust P2, której nie ma na zdjęciu 
  • pomadka również od P2, a obie pokazywałam o TU

I jeszcze takie, chociaż dalej ciemne

Makijaż był robiony dla zabawy i wprawy, nie na wyjście. Dlatego też brwi są jeszcze przed depilacją i henną, a włosy po roboczemu ;)
Na zdjęciu nie widzę pudru i całkiem możliwe, że go nie użyłam. Teraz nakładam bronzer wyłącznie po przypudrowaniu twarzy ;)

To jeszcze jedno z dziwną perspektywą ;) z pewnością nie bez znaczenia jest światło za plecami ;)

Lubicie mocne i kolorowe makijaże?

poniedziałek, 13 stycznia 2014

O zakupach na Cocolita.pl i NYX blush taupe

Jakiś czas temu widziałam na blogu bumtarabum ni to róż ni to bronzer z firmy NYX, na którą do tej pory nie zwracałam uwagi. Jest to dokładnie NYX blush w kolorze taupe, a tu link do posta który spowodował, że musiałam go sama spróbować.

Co jest takiego niesamowitego w tym różu, że od tamtej pory intensywnie go szukałam? Kolor - taki trochę dziwny i raczej brzydki. Najlepszym określeniem jest siny i dlatego idealnie się nadaje do konturowania.
Nie znalazłam go w polskich drogeriach internetowych ani na Allegro (gdzie podobno czasami się pojawia). Nie ma tych róży także w Douglasie, chociaż znalazłam go na niemieckiej stronie, jednak gdy podekscytowana wkroczyłam do perfumerii w Niemczech okazało się, że jest dostępny tylko online... 
Ostatnio natomiast weszłam na stronę Cocolita.pl oglądając zupełnie coś innego, a tam niespodzianka. Pojawiły się kosmetyki NYX, a w tym ten właśnie produkt. Cena bardzo przyjemna 24,90zł (słyszałam, że w stacjonarnym sklepie w Warszawie wynosi około 40zł). 
Oczywiście głupio zamawiać sam róż, więc się kliknęło ;)
Obecnie mam fazę na cienie do powiek, w dodatku po raz pierwszy na naturalne odcienie, więc do koszyka wpadła paleta Sleek Au Naturel oraz dwie palety Technic, kolorowa i metaliczna, bo fiolety już mam. Do tego Loreal Color Riche Balm w karmelowym odcieniu 819.

Co do samego różu, to jego kolor jest rzeczywiście niesamowity. Daje efekt naturalnego cienia na twarzy, w odcieniu moim zdaniem idealnym do ciepłych i zimnych karnacji. Świetnie się sprawdzi na jasnych cerach, ale i na ciemniejszych da się zbudować odpowiednią widoczność kolejnymi warstwami. Na pierwszym zdjęciu kolor jest bardzo dobrze oddany. Poniżej pierwsze próby.
NYX blush Taupe
Swatche na ręce pod oknem i w środku pokoju. Pogoda dziś średnia, niebo całkiem zachmurzone, więc na razie nie mam szans na zdjęcia w słońcu.
NYX blush taupe po lewej na parapecie, po prawej w pokoju
Wydawało mi się, że będzie lepiej widoczny na zdjęciach twarzy, ale co tam. Po lewej stronie policzek od okna, więc lepiej oświetlony, przez co konturowania prawie nie widać. Po prawej drugi policzek, ten w cieniu, na którym można zauważyć kolor. Nad konturowaniem jeszcze pracuję, a zdjęcia są na szybko więc przepraszam za jakość swatchy ;)

NYX blush taupe w naturalnym świetle i cieniu
Kosmetyk bardzo mi się podoba. Więcej na jego temat za jakiś czas, gdy trochę poużywam ;)
Co do samych zakupów na Cocolita to bardzo odpowiada mi asortyment sklepu, a przesyłka przyszła bardzo szybko, więc z pewnością nie jest to ostatnie zamówienie :)

A czym Wy lubicie konturować twarz? Miałyście styczność z tym produktem?