Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inglot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Inglot. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 listopada 2015

Jesienny Inglot 426

Uwielbiam szminki, zwłaszcza te z Golden Rose za ich jakość i cenę. Niestety gama kolorystyczna jest mocno ograniczona, więc ciągle szukam czegoś nowego. I w ten oto sposób trafiłam na przepiękną, iście jesienną pomadkę marki Inglot w kolorze 426.


Szminka pochodzi z kolekcji matowej, ma 4,5g i kosztuje 30zł. Poza nią dostępne jest 28 innych kolorów, w tym najnowsze z kolekcji Black Swan. 


Kolor jest obłędny! Kojarzy mi się z owocami lasu. Trochę w nim bordo, trochę fioletu i fuksji. Jest bardzo oryginalny i przyciąga uwagę, chociaż nie jest nietypowy, czy dziwny. Niestety kolor i niezła pigmentacja to jej jedyne zalety.
Kolejne zdjęcia są mocno podrasowane, żeby pokazać rzeczywisty kolor.


Szminka jest bardzo sucha i tępa w użyciu. Fatalnie się ją nakłada - w ogóle nie sunie po ustach i trzeba się sporo napracować, żeby ją w ogóle nałożyć, nie mówiąc już o tym, żeby zrobić to dobrze. Do tego podkreśla każdą nawet niewidoczną wcześniej suchą skórkę i sama nieznacznie wysusza. 


Trwałością też nie zachwyca. Pozostawiona sama sobie trzyma się nieźle, ale chętnie oznacza każdy kubek i dość nieestetycznie schodzi, rozprzestrzeniając się przy tym po całej okolicy ust. Nie raz zdarzyło mi się ją mieć pod czy nad wargami i sama nadal nie wiem jak to się stało ;)

Przy okazji widać mój najnowszy - zdecydowanie nieudany - eksperyment podkładowy...

Mimo wszystko kolor jest piękny więc polecam, chociaż łatwo z nią nie będzie ;) 
Dobrze też wygląda wklepana w niewielkiej ilości, dając efekt ust ubrudzonych owocami. 

A jak Wam się podoba? I co w ogóle myślicie o szminkach marki Inglot? W moim przypadku to druga i zdecydowanie ostatnia.
 

czwartek, 22 stycznia 2015

Pudry do modelowania HD od Inglot

W opublikowanym niedawno poście z odkryciami grudnia znalazły się między innymi pudry do konturowania marki Inglot, które dziś chciałabym Wam pokazać z bliska oraz w praktyce. 

Pudry dostępne są oczywiście w salonach oraz na stronie internetowej Inglot w cenie 29zł za wkład, który zawiera 5,5g produktu. Obecnie dostępnych jest aż 12 kolorów (!) w tonacjach zimnej i ciepłej.


Na poniższych zdjęciach możecie zobaczyć swatche kolorów pudrów Inglota zestawione z innymi popularnymi brązerami.
Pod kątem współpracy Pudry Modelujące HD wypadają najlepiej,  ze względu na najlepszy stosunek pigmentacji do łatwości użycia. Nie robią plam jak Miyo, są delikatniejsze i łatwiejsze w blendowaniu niż W7 i przede wszystkim są o wiele bardziej miękkie i napigmentowane niż mój ulubiony wcześniej NYX. Poza tym kolor 505 jest odrobinę ciemniejszy i cieplejszy, dzięki czemu dużo lepiej współgra z moją cerą i mogę go użyć do konturowania całej twarzy, a nie tylko pod kości policzkowe.


Pudry te idealnie nadają się do konturowania również jasnych i zimnych odcieni skóry. Są miękkie i łatwe do rozcierania, chociaż nieznacznie pylą. Największą zaletą jest jednak świetna pigmentacja, dzięki której można uzyskać zarówno mocny jak i delikatny efekt i to niewielką ilością kosmetyku i pracy. Jasne, rozświetlające odcienie dobrze utrwalają korektor, czy podkład, a nawet lekko przedłużają jego trwałość. Najlepiej sprawdzają się jednak pod oczy, czy na szczyty kości policzkowych i środek twarzy, gdzie nałożone bezpośrednio na podkład dają rozświetlenie mocne, wyraźne, a z pudrem pod spodem subtelniejsze.

L - P: Inglot 503, 501, 505, 509, 82 i brązery: NYX Taupe, Miyo Sun Kissed, W7 Honolulu

Równie zadowolona jestem z różu. Mój w numerze 82 jest neutralnym delikatnym matowym lekko przybrudzonym różem, który wygląda bardzo naturalnie i sprawdzi się na większości karnacji. Trzeba jednak uważać, bo i on jest mocno napigmentowany, zatem wystarczy odrobina, w najlepiej nałożona miękkim pędzlem. 

L - P: Inglot 503, 501, 505, 509, 82 i brązery: NYX Taupe, Miyo Sun Kissed, W7 Honolulu
Pudry doskonale się rozcierają i łączą, a na mojej cerze wytrzymują do końca dnia. 
Obecnie najczęściej używam rozświetlacza 503 pod oczy i na szczyty kości policzkowych, a brązera 505 do konturowania całej twarzy. Ciemnej 509 używam tylko pod kości policzkowe, gdy zależy mi na wyostrzeniu rysów, a żółtej 501 na szczyty kości policzkowych lub na całą twarz, gdy chcę dodać podkładowi odrobinę żółtych tonów. Do tego róż o numerze 82 i makijaż twarzy mam skończony. 
Na poniższych zdjęciach użyłam wszystkich odcieni według powyższej kolejności.

Po lewej gotowy makijaż, po prawej od góry:
1. 501 na całą twarz, 503 pod oczy i na szczyty kości policzkowych,  505 do konturowania
2. 509 pod kości policzkowe
3. z różem 82



 Podsumowując absolutnie je uwielbiam i gorąco Wam polecam! ;)

Skusiłyście się na któryś z tych pudrów? Koniecznie napiszcie jaki brązer jest Waszym numerem jeden :)

czwartek, 15 stycznia 2015

Ulubieńcy roku 2014 - Kolorówka

No cześć!

W końcu się zebrałam i oto jest - post z ulubieńcami całego zeszłego roku, a w sumie tylko pierwsza część, czyli kolorówka. Początkowo miałam wybrać po jednym kosmetyku z każdego typu, ale szybko się okazało, że jest to bez sensu, bo raz - nie umiem wybrać jednego podkładu czy palety cieni, a dwa - w innych kategoriach nie mam Wam do polecenia nic... W efekcie jest trochę inaczej, bardziej po mojemu, ale wszystkie kosmetyki które Wam niżej pokażę gorąco polecam już teraz :)
Niektóre nazwy są podlinkowane, więc zainteresowanych i chętnych zapraszam do dłuższej lektury :)


Filtry
Na początek podstawa, oczywiście od LRP - Anthelios XL, czyli krem z filtrem w wersji do cery mieszanej i tłustej. Nie tylko nie skraca trwałości makijażu, ale nawet ją przedłuża. Na pograniczu kategorii natomiast krem BB z filtrem od Vichy, czyli wysoki filtr, niezła trwałość na cerze mieszanej i ładny odcień. Bardzo praktyczny zwłaszcza na wakacjach.
Podkłady
Ten rok był wręcz doskonały pod kątem zakupu podkładów, ale do ulubieńców wybrałam tylko 3 produkty. Jako pierwszy Estee Lauder Double Wear, który ma fantastyczną trwałość i świetne krycie, a nałożony BeautyBlenderem nie tworzy maski i świetnie wygląda przez cały dzień. Kolejne odkrycie to Shiseido. Świetnie kryje, jest bardzo lekki, długo się utrzymuje nawet przy 30 stopniach, jest wodoodporny, a do tego ma wysoki filtr SPF30. Na koniec Givenchy, który ma bardzo przyjemną lekką i kremową konsystencję, dzięki której fantastycznie się nakłada i stapia z cerą, a do tego również długo się utrzymuje.
Korektory
Numer jeden to oczywiście Double Wear  od EL, który używam pod oczy. Idealne krycie, konsystencja i trwałość. Natomiast do maskowania ewentualnych niedoskonałości i rzadziej pod oczy Pro Longwear z MAC. Ten również długo się utrzymuje i jest bardzo lekki, chociaż może wysuszać.


Wykończenie i konturowanie
Mój bezapelacyjny numer jeden wśród pudrów to sypki MAC CC w odcieniu żółtym. Ideał - za utrwalenie, efekt, przyjemne użycie i przedłużenie trwałości makijażu oraz współpracę z każdym podkładem.
W roku 2014 odkryłam też uroki używania brązera i nie rozstawałam się z nim nawet na chwilę. Ulubieńcy w tej kategorii to: kremowy Bourjois Bronzing Primer i puder Clarins - oba do konturowania i lekkiego ocieplenia cery oraz NYX w kolorze Taupe wyłącznie pod kości policzkowe, do pokreślenia konturu. 
Ulubione róże to natomiast kremowy Kiko oraz niedostępny w Polsce Manhattan. Oba za piękne kolory i świeży efekt na twarzy. Poza tym muszę wspomnieć o różu / rozświetlaczu od MAC w kolorze Trace Gold. Jest piękny i wszechstronny - nałożony obficie na cały policzek rozświetla, ale też ożywia i ociepla cerę, na szczyty kości policzkowych czy grzbiet nosa sprawdza się jako typowy rozświetlacz, a na powiekach z powodzeniem zastępuje dobre jakościowo cienie.


Bazy / cienie w kremie
Jakoś na początku zeszłego roku skusiłam się na pierwszy mocno zachwalany cień do powiek w kremie od Maybelline i przepadłam. Aktualnie nie wyobrażam sobie makijażu bez cieni w kremie, które pełnią u mnie rolę bazy, a moje top 3 to On and on Bronze od Maybelline oraz Painterly i Stormy Pink od MAC.
Rzęsy
W temacie tuszy do rzęs zdecydowanie prowadzi marka Misslyn. Mam od nich 3 różne maskary i każda jest fantastyczna. Wydłużają i pogrubiają rzęsy, ale też przede wszystkim ładnie je podkręcają i utrwalają na cały dzień. Najlepiej natomiast sprawdzają się w komplecie z odżywką z Eveline, która dodatkowo podbija efekt wydłużenia oraz pogrubienia i z zielonym tuszem Wibo, który używam do rzęs na dolnej powiece. 
Linery
Poza tym nie wyobrażam sobie makijażu oka bez kreski, a w tej roli od dawna najlepiej sprawdza się żelowy liner od Maybelline. Nie każdy egzemplarz jest jednak dobry, bo zdarzył mi się już taki zbyt suchy, ale ogólnie jest świetny i od dawna nie rozglądam się za niczym innym. Jeśli natomiast miałam ochotę na coś innego, to chętnie sięgałam po fantastyczne nowe linery Inglot z serii AMC. Te z podstawowej matowej kolekcji też są ok, ale daleko im do tych błyszczących. Są bardzo trwałe, idealnie kremowe i łatwe w obsłudze, poza tym kolory są niespotykane, a używać ich można również jako cień w kremie. 


Cienie do powiek
Niekwestionowani ulubieńcy w tej kategorii to Naked 3 od Urban Decay, Garden of Eden od Sleek oraz Smoky marki Zoeva. Wszystkie za piękne kolory, ale też świetną jakość, pigmentację i trwałość oraz łatwe blendowanie. 
Brwi
Przed zeszłym rokiem praktycznie nie poświęcałam im uwagi, a teraz są jednym z głównych punktów mojego makijażu. W tej kategorii bardzo polubiłam kredkę z Catrice ale na miano ulubieńca roku zasłużył cień do brwi z Inglot z numerkiem 569.
Usta
Tutaj nie ma najmniejszego zaskoczenia, że moim numerem jeden są szminki Golden Rose z serii Velvet Matte. To od nich na dobre zaczęła się moja przygoda z makijażem ust. Wcześniej szminek miałam kilka i sięgałam po nie bardzo rzadko, a teraz uwielbiam malować usta, zwłaszcza na mocne kolory. Kocham je za konsystencję, kolory, trwałość, brak wysuszenia, wykończenie... Dla mnie są po prostu idealne, a posty na ich temat znajdziecie same ;) 
Poza tym nie mogło tu zabraknąć dwóch pionierskich dla mnie produktów, czyli idealnej i bardzo mojej czerwieni od MAC Viva Glam Rihanna oraz pierwszego błyszczyka, który rzeczywiście polubiłam, bo ma sens od Clarins.


Paznokcie
W temacie lakierów do paznokci mój numer jeden to marka Golden Rose, zwłaszcza z serią Rich Color. Lubię je za duży wybór kolorów, świetne krycie, odpowiednią konsystencję, sensowne wysychanie oraz super trwałość - na moich paznokciach spokojnie wytrzymują powyżej 4 dni, a popularne Essie maksymalnie 2... Poza tym w 2014 roku szalałam za piaskami - najlepiej przepełnionymi drobinkami i brokatem od P2, ale podobały mi się również te betonowe z firmy Paese. W zestawieniu nie mogło też zabraknąć wysuszacza, który towarzyszył mi przy każdym malowaniu paznokci, a moim obecnym numerem jeden jest Essie good to go.

Uff to na tyle!
Wydawało mi się, że ten post będzie bardzo krótki, ale w praktyce okazało się, że tak się nie da i wyszło jak zawsze ;) 

Koniecznie napiszcie mi w komentarzach, czy miałyście któryś z moich hitów roku 2014 i czy u Was sprawdziły się one równie dobrze jak u mnie :)

wtorek, 6 stycznia 2015

Odkrycia grudnia

Zapraszam Was serdecznie na post z odkryciami grudnia, których tym razem będzie naprawdę dużo!

Grudzień był dla mnie zaskakująco długim i ciekawym miesiącem w całości skupionym wokół Świąt. W między czasie wpadło jednak do mojej kosmetyczki wiele nowości (post z większością zakupów grudnia klik), z których żadna nie okazała się rozczarowaniem, a kilka szybko zyskało miano ulubieńców. Dziś chcę Wam pokazać jednak produkty, których używałam już w pierwszej połowie grudnia, przed Świętami, czyli takie, które przetestowałam dłużej i dobrze. Dzięki temu też reszta wskoczy na styczeń, a ten post nie będzie się ciągnął w nieskończoność jak sam wstęp ;) no dobra, przechodzę do rzeczy ;)


Zacznę jednak niekosmetycznie, od malutkich pianek Haribo, które podpatrzyłam na Instagramie Sroki i które towarzyszyły mi przez cały grudzień. Wsypuję je do kawy, kakao czy gorącej czekolady i po prostu uwielbiam. Są malutkie, słodkie, również smakowo i świetnie wyglądają. Niestety dostanie ich to nie lada wyczyn. Mnie się udało w firmowym sklepie Haribo w Bonn, w Niemczech, a Wam polecam polować na Amazonie ;) cena 2€ za opakowanie, a pełna nazwa to Chamallows Minis.


Natomiast pierwsza rzecz kosmetyczna, która przychodzi mi na myśl w temacie odkryć grudnia to zdecydowanie paleta Smoky marki Zoeva. Jest fantastyczna! Kolory są ciemne, głównie matowe, niesamowicie napigmentowane, świetnie się rozcierają i w ogóle nie osypują. Totalnie moja, w dodatku w świetnej jakości, a więcej na jej temat pisałam już w tym poście.


Moim kolejnym absolutnym hitem od grudnia są pudry HD marki Inglot. Długo się przed nimi broniłam, bo przecież już mam świetny brązer Clarins i ten z NYX też mam i przecież nie potrzebuję kolejnego produktu do konturowania... aż w końcu zdecydowałam się na chłodny 505, a reszta była tylko kwestią czasu ;) Po nim dołączyły rozświetlające 503 i 501 oraz ciemny 509 z nowej kolekcji , a także róż o numerze 82 do kompletu. Pudry mają doskonałą pigmentację i konsystencję, łatwo się nakładają i rozcierają oraz długo utrzymują. Poza tym kolory są bardzo uniwersalne i idealne do konturowania. Basic & must have.


Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że miano hitu zyskała moja kolejna konturówka w żelu firmy Inglot. Jej złotą wersję pokazywałam w tym poście, a tym razem do kolekcji dołączył błyszczący brąz o numerze 96 z kolekcji jesiennej. Liner jest bardzo kremowy i świetnie się sprawdza zarówno jako konturówka jak i baza pod cienie. Miłą niespodzianką okazał się natomiast CC Cream od Bourjois, z którym nie wiązałam dużych nadziei, a okazał się więcej niż przyzwoitym produktem o niezłej trwałości. Rozczarowaniem jest jednak kolor - 32 Light Beige w drogerii wydawał się idealny, ale na żywo jest już minimalnie za ciemny. Poza tym jest świetną odpowiedzią na moje potrzeby: coś taniego, niezłego i żółtego.


Kolejne dwa produkty to mój najnowszy czyścik oraz pierwsza maseczka z Lush. Oba świetnie wywiązują się z obietnic producenta i znacznie umilają zabiegi pielęgnacyjne. Doo czasu, aż węgiel dostanie się pod powiekę, ale nie o tym ;) Dark Angels doskonale oczyszcza i odświeża cerę pozostawiając ją czyściutką i gładką oraz dobrze przygotowaną pod kolejne kroki pielęgnacyjne. Oatifix natomiast dobrze nawilża i koi skórę i otula zapachem zwłaszcza zimą.


Na koniec dwa równie dobre co tanie produkty marki Balea. Pierwszy z nich to krem do rąk, który może nie powala działaniem pielęgnacyjnym, ale za to zapach jest tak fantastyczny i podobny do kremów S&G, że sięgam po niego non stop, a to już działa zdecydowanie na plus. Drugi kosmetyk to balsam, a właściwie lekkie mleczko do ciała z olejkami. Ogólnie nie lubię tego typu kosmetyków, ale słyszałam o nim wiele dobrego, a w moich drogeriach DM go nie ma, więc musiałam go wypróbować gdy tylko zobaczyłam go na półce i w ogóle nie żałuję. Balsam jest bardzo lekki i szybko się wchłania, czego zwykle nie lubię, ale w tym przypadku nawilżenie i komfort używania są tak wysokie, że używanie go to sama przyjemność.

Napiszcie koniecznie co było Waszym odkryciem grudnia, a może nawet znacie któregoś z moich ulubieńców? 
Ja tymczasem zaczynam przygotowywać post z ulubieńcami roku, a to już niemałe wyzwanie ;)

niedziela, 4 stycznia 2015

Zimowy haul czyli zakupy grudnia

Witam Was po przerwie! 

Święta były zdecydowanie gorącym okresem, ale myślę, że mogę już powoli wrócić do blogowania, zwłaszcza, że już bardzo niedługo mój blog będzie miał roczek! Nie wierzę, że minęło już tyle czasu!, ale dziś nie o tym ;)
Po Świętach i Nowym Roku wracam z postem lekkim i przyjemnym, którego nie było tu już od bardzo, bardzo dawna, czyli haul! Po ogarnięciu tego wszystkiego i zrobieniu zdjęć na raty jestem pod wrażeniem, że niektóre z Was robią takie posty co miesiąc. Podziwiam!
Patrząc na zdjęcia widzę, jak dużo tego jest... Aczkolwiek kilka rzeczy jest dla Was i w sumie tylko tyle mam na swoje usprawiedliwienie ;) 


Na początek kosmetyki z Niemiec. Kremy do rąk, balsamy, ulubione pasty do zębów, żel pod oczy czy krem do stóp, szampon, żele pod prysznic i mały spray Adidas do kosmetyczki wyjazdowej. I oczywiście kolejna tubka Casting Sunkiss od Loreal, który absolutnie uwielbiam i muszę mu w końcu poświęcić osobny post ;)


Dalej słodycze i inne produkty bardziej czy mniej spożywcze ;) Obowiązkowo żelki i Oreo w białejj czekoladzie, syrop do kawy, świetna przyprawa Knorr i najlepszy płyn do mycia naczyń, czyli Fairy do zimnej wody. Na koniec antypoślizgowa mata do szuflady w toaletce.


Ostatnie zakupy z Niemiec to przede wszystkim Primark, gdzie uzupełniłam zapasy ulubionych rajstop 40 - 200 DEN oraz świątecznych, niesamowicie ciepłych i miziatych skarpetek. Poza tym na kolażu jest jeden z moich świątecznych prezentów, czyli 3 częściowa piżama z pluszową bluzą. Uwielbiam ją! Natomiast w lewym górnym rogu dłuższa taliowana koszula z elastycznego jeansu z Kik za całe 6€! i kilka nowych wosków YC na zimę. Ostatnio zupełnie mi się znudzimy ciężkie, słodkie zapachy wanilii i ciastek i stawiam na coś lekko kwaśnego, świeżego, ale nadal zimowego, a na święta koniecznie zapachy lasu ;)


Na koniec prezenty i zakupy z Polski. 
Rękawica Glam Glove i zestaw mini jajeczek BB to moje prezenty, które są absolutnie fantastyczne i z pewnością już niedługo doczekają się swojego postu. Kolejne hity i znów prezenty, ale tym razem na urodziny bloga, to palety i wkłady Inglot z nowymi pudrami do konturowania i różem. Poza tym kilka cieni również z Inglota i zaspokojenie potrzeby na turkus z Drogerii Natura. Niestety bez zaskoczenia okazało się, że taki makijaż owszem jest cudowny, ale moje oczy i karnacja fatalnie współgrają z tymi kolorami i używać ich mogę tylko na dolną powiekę...
Dalej podkład tani, dobry i żółty, czyli postanowiłam spróbować kremu CC z Bourjois i w ogóle nie żałuję. Dla mnie to świetny produkt do zabawy, gdy testuję coś w domu, ale w normalnym użyciu też nieźle się sprawdza. Do kompletu oczywiście kilka pomadek Golden Rose - 17 i 19 z linii matowej i fantastyczna 103 z Vision Lipstick. Na małym zdjęciu widać jeszcze pędzelek Zoeva z niemieckiego Glamour, który udało się upolować Mężczyźnie w 2 egzemplarzach, więc chętnie się podzielę ;)
Natomiast ostatnie zakupy grudnia zrobiłam w sklepie internetowym Visage Shop, który akurat miał promocję na większość produktów Zoeva i tak do toaletki wpadły kolejne dwie palety cieni - Naturally Yours oraz Rodeo Belle, skośny pędzel 235 oraz dwie fanomenalne kredki do oczu w kolorach Rock 'n' Roll Bride oraz Female Attrraction. Marka Zoeva to zdecydowanie moja marka numer 1 roku 2014, a więcej na ten temat już wkrótce :)

Tymczasem piszcie, czy miałyście któryś z tych produktów i jak się sprawdziły u Was :)

poniedziałek, 3 listopada 2014

Metaliczny liner od Inglot


Sama nie wiem jak to się stało, że jeszcze Wam nie pokazałam tego produktu! Uwielbiam go i używam bardziej i mniej regularnie od połowy wakacji, a ostatnio znów do niego wróciłam, więc pora na post.


Dzisiejszy bohater to Konturówka do powiek w żelu od Inglot w przepięknym kolorze metalicznego złota o numerku 94.
Dostać go można w każdym salonie Inglota w cenie 35zł za 5,5g.


Opakowanie to prosty plastikowy słoiczek z czarną nakrętką i nakleją pod spodem. Proste i funkcjonalne. Sam produkt to właściwie żelowy liner, który sprawdza się zarówno do kresek jak i nałożenia na całą powiekę jak cień w kremie.

 
Konsystencja jest żelowo – kremowa. Liner jest bardzo łatwy i wygodny w obsłudze, bez względu na to, czy nakładamy go pędzelkiem, czy palcem. Zaraz po nałożeniu łatwo się rozciera, a chwilę później zastyga i jest nie do ruszenia aż do demakijażu. Dawno temu miałam klasyczną czerń z tej serii, która niestety dość szybko wyschła i po około 6 miesiącach źle się z nią pracowało. Ten kolor mam już kilka miesięcy i mimo pęknięcia nie zauważyłam zmiany w formule.


Kolor 94 to piękne metaliczne złoto. Odcień zdecydowanie ciepły, z brązowymi i miedzianymi tonami. Mocno błyszczy w słońcu i sztucznym świetle, natomiast w cieniu jest ledwie zauważalny. Doskonale rozświetla oko w sposób bardzo subtelny i elegancki i daje ciekawy, niestandardowy efekt na oku. W sprzedaży dostępne jest jeszcze kilka innych metalicznych kolorów oraz cała paleta klasycznych matów, które są niestety trochę gorsze jakościowo.
Jego odcień trochę przypomina mi Color Tattoo od Maybelline w kolorze On and on Bronze, jednak tak naprawdę jest on zupełnie inny, a zestawienie tych dwóch produktów widać na dalszych zdjęciach.


Nie mam mu też nic do zarzucenia pod kątem trwałości. Nałożony rano jako kreska trwa do demakijażu. Tak samo się sprawdza nałożony na całą powiekę jako baza pod cienie, znacznie przedłużając ich trwałość i podbijając kolor.


Dużym plusem jest jego pigmentacja. Na początku bałam się, że taki kolor, w dodatku metaliczny, będzie niewidoczny na oku, ale nic takiego się nie dzieje. Liner ma mocny kolor, który zapewnia 100% krycia, dzięki czemu nie przebijają spod niego nawet ciemne cienie. Niestety w ogóle nie sprawdza się na linii wodnej, a liczyłam na ciekawy efekt przy takim użyciu.

Podsumowując!
Żelowa konturówka Inglot to świetny produkt zarówno do kresek jak i na całą powiekę. Kolor jest piękny, mocno napigmentowany i dość niepowtarzalny. Z jej pomocą można uzyskać ciekawy efekt na oku oraz rozświetlenie i odświeżenie spojrzenia.

Lubicie kolorowe kreski? A może używałyście linerów od Inglot? Koniecznie podzielcie się wrażeniami w komentarzach! 
 

poniedziałek, 14 lipca 2014

Long - lasting make up w wersji na lato

W poprzednim poście wspomniałam, że byłam przez tydzień w Polsce oraz, że  dużo się działo i to w wielu miejscach na raz, a do tego przez długi czas, co w połączeniu z wysokimi temperaturami wymagało makijażu, który byłby ze mną w niezmienionym stanie co najmniej od rana do wieczora, bez względu na to, jak intensywny był mój dzień. A te zdarzały się naprawdę długie i intensywne, nawet bardzo... ;)

W związku z tym dziś chciałabym Wam pokazać zestaw kosmetyków, które przetestowałam w najciekawszych warunkach i spokojnie mogę Wam je polecić jeśli potrzebujecie makijażu typu long - lasting.


Podstawą jest oczywiście cera. O ile latem chyba wszyscy wolimy lżejsze podkłady o nawilżającej formule, tak nie wyobrażam sobie lepszego produktu niż Double Wear z Estee Lauder, nawet gdy wokół panują żar i wysoka wilgotność. Nałożony Beauty Blenderem nie tworzy maski, a co najważniejsze szybko zastyga i bez problemu wytrzymuje co najmniej 12h. Ok, nie ma szans, żeby wytrzymał cały dzień, a potem jeszcze intensywną noc, ale już cały dzień lub całonocną imprezę jak najbardziej. Reszta mojego niezawodnego zestawu, to świetny korektor pod oczy również z linii EL oraz puder CC od MAC. Efekt - wyrównany koloryt, lekki mat, naturalność i długotrwałość.


Poza tym, że mój makijaż miał wytrzymać co najmniej cały dzień, chciałam też, żeby był w miarę prosty i wakacyjny - trochę jak na plażę czy do parku, a trochę jak na obiad na mieście czy spotkanie z dentystą ;) Z tego powodu oraz moich ogólnych upodobań, głównym punktem były wszelkie brązery: NYX do lekkiego podkreślenia kości policzkowych, Clarins do roztarcia, e.l.f. jako opalenizna oraz MAC dla odrobiny blasku na policzkach.


Na oczy oczywiście Color Tattoo jako najlepsza na świecie baza, biały liner Zoeva na dolną linię wodną, na powieki cienie Inglot w odcieniach pomarańczu i brązu i obowiązkowo czarna kreska linerem Maybelline. Nie wyobrażam sobie też lepszej maskary niż wodoodporny tusz z Misslyn. Nie dość, że pięknie podkreśla rzęsy, to jeszcze wytrzymuje do samego demakijażu, a czasami i dłużej i tylko dlatego nie używam jej na co dzień ;)


W tym zestawieniu nie mogło zabraknąć szminki z mojej ulubionej serii Velvet Matte od Golden Rose. Na zdjęciach kolor 2, który sprawdza się idealnie, gdy potrzebuję czegoś naturalnego i neutralnego, a o fantastycznych trwałości czy pigmentacji już chyba nie muszę wspominać.

A tak prezentuje się całość :)

Miny muszą być ;)

I jeszcze jedno na koniec ;)
Tym razem bez emocji, tak też umiem! ;)
Cały post wyszedł raczej na luzie, ale może kogoś z Was zainteresował chociaż jeden z przedstawionych produktów, które gorąco polecam nie tylko na lato i do zadań specjalnych. Zabrakło tu tylko mojego kremu z filtrem, który również w niemałym stopniu wpłynął na poprawienie trwałości całego makijażu, ale jego pokażę Wam w kolejnym osobnym poście.

Na koniec chętnie poczytam jakie kosmetyki Wy widziałybyście w tym zestawie oraz czy chcecie poczytać więcej o którymś z tych, które przedstawiłam :)
i oczywiście życzę Wam udanego tygodnia!

niedziela, 13 lipca 2014

Wyniki rozdania

Witajcie po długiej przerwie!

Bardzo Was przepraszam za opóźnienie z wynikami losowania, ale ostatnio sporo się dzieje i to w wielu miejscach na raz, na czym najbardziej ucierpiał właśnie blog. Dlatego też!


Od razu przychodzę do Was z wynikami losowania, które tym razem polegało na wybraniu numerku oraz wyłonieniu odpowiadającej mu osoby :) Dzisiejszy szczęśliwy numerek to 4 (a podobno nikt nie wybiera tych z początku), któremu odpowiada 
Kosmetyczna Obsesja.

Serdecznie Ci gratuluję i już piszę do Ciebie maila, a pozostałym Osobom dziękuję za udział i zapraszam na kolejne rozdania ;)


W tak zwanym między czasie odwiedziłam też Polskę i mimo tego jak wiele się działo udało mi się odhaczyć niewielkie zakupy w miejscach, których za granicą brakuje mi najbardziej, czyli głównie salonach Inglot i Golden Rose. Poniżej zdobycze i mała zapowiedź tego, co pojawi się na blogu w najbliższym czasie, bo praktycznie każdy z tych produktów zasługuje na osobnego posta.

Na początek Golden Rose i kilka nowości - konturówki do oczu i ust, lakiery i cudowna szminka z nowej kolekcji Vision.


Dalej Inglot i małe uzupełnienie paletek, a także dałam się namówić na liner z kolekcji Noble Collection i zdecydowanie tego nie żałuję! Obecnie intensywnie go testuję i już mogę przyznać, że jest niesamowity, a więcej na ten temat już niebawem.
Nie skusiłam się natomiast na nowe brązery, chociaż wyglądały bardzo obiecująco, za to na pewno wrócę po matowy rozświetlacz z tej kolekcji ;)


Na koniec inne, czyli przede wszystkim pomadka z Celii w formie kredki, która ostatnio zyskała sporą popularność w sieci, a mnie już kusi wersja pomarańczowa ;) Udało mi się też dostać pomadkę z Alterry, która zawsze była wykupiona oraz uzupełniłam braki ulubionych chusteczek Cleanic, których w Niemczech niestety nie widziałam.


Na dziś to wszystko i biorę się za zrzucanie zdjęć do kolejnych postów, bo jest tego więcej niż trochę ;) 
Wam życzę miłej niedzieli, a Kosmetycznej Obsesji raz jeszcze gratuluję :)

wtorek, 15 kwietnia 2014

Pierwsze wrażenia: Beauty Blender, MAC, Catrice, W7 i Technic

Uff trochę się tego nazbierało! Przyszły do mnie dwa zamówienia z Douglasa i Minti, a wczoraj jeszcze uzupełniłam braki w sklepach stacjonarnych ;) Przez przypadek się dowiedziałam, że otworzyli u mnie MAC, więc nie mogłam tego nie sprawdzić ;) 
Zaraz po powrocie do domu zmyłam makijaż i zrobiłam nowy z wykorzystaniem nowości, na prezentację których dziś Was zapraszam :)


Makijaż zaczęłam od MAC Studio Finish Concealer, z którego już jestem bardzo zadowolona. Zawsze nakładam korektor zwilżonym pędzelkiem i to był duży błąd w tym przypadku, bo MAC w ogóle nie łapał się włosia, ale gdy wzięłam suchy to było już idealnie. Korektor dobrze kryje już przy najcieńszej warstwie i dobrze się rozciera, więc efekt jest bardzo dobry i naturalny :) 

Dalej nałożyłam podkład Revlon CS oryginalną gąbką Beauty Blender. Pierwsze wrażenie po otwarciu pudełeczka? Tragedia... Jego jakość na pierwszy rzut oka jest nieporównywalnie gorsza niż jajeczka Ebelin :/ Aczkolwiek wynika to z jego struktury i ono po prostu źle się prezentuje ;) W przypadku podkładu Revlon byłam chyba bardziej zadowolona z efektu po Ebelin. Podróbka dawała delikatniejszy i od razu półmatowy efekt, a BB jakby nakłada go więcej. Jednak komfort użycia oryginału jest wyższy i BB zjada o wiele mniej podkładu. Kolejny zawód spotkał mnie podczas prania, bo dłonie zdążyłam przesuszyć, a ono nadal nie było idealnie czyste. No nic, próbuję dalej ;)


Na szczyty kości policzkowych nałożyłam rozświetlacz z Technic High Light i mam co do niego mieszane uczucia. Z jednej strony efekt rzeczywiście jest bardzo ładny i naturalny, ale z drugiej pędzelek to jakaś masakra, a do tego trudno mi było go dobre rozetrzeć i przy odpowiednim świetle (i odchyleniu głowy) widziałam jego granice.

Ostatnio czytałam wiele dobrego o pudrach Catrice, więc zamiast na puder transparentny z MAC zdecydowałam się na jego odpowiednik (podobno) z niższej półki, czyli wodoodporny puder matujący Prime and Fine. Pierwsze wrażenia mam ponownie mieszane. Z jeden strony wygląda na to, że będzie doskonale utrwalał makijaż, z drugiej robi to kosztem porządnego matu, za którym nie przepadam. 
 
Moja gwiazda to W7 i nowość o której wspominałam, czyli róż The Honey Queen. Jeżeli lubicie Africa i delikatne rozświetlające róże w kolorze brzoskwini, to warto mu się przyjrzeć. Ja jestem bardzo zadowolona z efektu, aplikacji i oczywiście koloru :)

Kupiłam też paletkę Inglot i kolejne dwa wkłady, czyli cienie matowy i rozświetlający, które mają być taką bazą z moim cieniem do brwi, który wczoraj nałożyłam też na powiekę i całkiem mi się to podobało :)

Na koniec wytuszowałam rzęsy maskarą Essence. Długo rezygnowałam z tuszy tej marki na rzecz czegoś lepszego, a na pewno droższego i byłam niezadowolona z efektów. Ok, moje rzęsy nie są teraz w najlepszym stanie, ale i tak lepiej sprawdzał się na nich tusz Essence niż Bourjois czy Max Factor. Tym razem pierwszy raz postawiłam na maskarę Get Big w wersji pogrubiającej i podkręcającej. Szczotka jest wielka, czyli taka jak lubię, a efekt już przy pierwszym użyciu zadowalający. Do tego cena 10zł - I love ;)

I efekt:

Zdjęcia są trochę za jasne (to po lewej ma podkręcony kontrast), ale były robione po 20 ;)
Ogólnie jestem bardzo zadowolona z ostatnich zakupów, a jeszcze dziś pokażę Wam nowiutkie lakiery Lovely :)

Miałyście okazję używać któregoś z tych produktów? Z chęcią poczytam Wasze opinie :)
 

wtorek, 18 marca 2014

Porzeczkowy dżem z kawałkami owoców od Inglot

W zeszłym tygodniu było o szmince, która absolutnie mnie zachwyciła (o tutaj), a dziś o drugiej, którą kupiłam w tym samym dniu. Tym razem bohaterem jest produkt od Inglot i niestety słodko będzie tylko w tytule...


Kolor jest piękny. Przypomina mi trochę dżem porzeczkowy (oczywiście z czarnych porzeczek), może śliwkę. Jest ciemna, mocna, dokładnie taka, jak chciałam. Wykończenie w pełni błyszczące. Niektóre pomadki mają tak, że gdy odbije się je raz na przykład na chusteczce, to stają się lekko matowe, a ta nawet po kilku odbiciach nie osiąga w pełni takiego efektu.


Mój kolor to niewiele mówiący numerek 293, a sama szminka pochodzi z edycji limitowanej Berry Collection. Na początku wraz z panią z Inglota wybrałyśmy podobną szminkę z kolekcji matowej, która najbardziej mi odpowiada, ale chciałam coś bardziej nasyconego i padło na tą.

1. Gołe usta 2. Pomalowane Inglot 293 3. Po kilku odciśnięciach ust na chusteczce

Zachwytów niestety nie będzie. Zdaję sobie sprawę z tego, że takie kolory, zwłaszcza z takim wykończeniem są trudne, ale Inglot sam sobie skomplikował temat. Konsystencja szminki przypomina balsam do ust. Jest mięciutka, masełkowa i totalnie nie nadająca się do ciemnych kolorów. Teraz widzę, że zdjęcia dobrze tego nie oddają, ale kolor rozkłada się nierówno na ustach, co jest winą głównie konsystencji. Do tego zaraz po pomalowaniu odbija się na zębach i to nie byłoby wielkim problemem, gdyby nie zdarzało się również później. Podkreśla mi tażke suche skórki, w których zwyczajnie zbiera się więcej koloru i wyglądają właśnie jak kawałki owoców w dżemie ;) 

Tu świetnie widać kolor i ile jej schodzi przy każdym kontakcie z jakimkolwiek materiałem

Z trwałością słabiutko. Jest to mocny i ciemny kolor, który w ogóle nie trzyma się ust i ani trochę na nich nie zastyga. Odciskając ją kilka razy na chusteczce wciąż schodzi duża ilość produktu. W praktyce nie przetrwa jedzenia i trzeba się pilnować w ciągu dnia, bo z czasem zaczyna wyglądać znacznie gorzej. Jednak chyba to, co najbardziej mi przeszkadza, to pewien dyskomfort. Po mniej więcej 30 minutach od pomalowania lekko wysycha na wewnętrznej krawędzi ust i trochę się klei, przez co mam wrażenie, że dzieje się z nią coś niedobrego, a tym samym ciągle o niej myślę i co chwilę sprawdzam w lustrze jak to jest w rzeczywistości.

Na tym zdjęciu dobrze widać na ustach kilka jakby ziarenek, które mam tylko przy tej pomadce

Ponarzekałam, ale i tak będę ją teraz często nosić, ze względu na sam kolor. Jest to mało popularny i trudno dostępny odcień, oczywiście niezbyt łatwy w użyciu, ale dla mnie piękny. Na początku ta przygoda w ogóle mnie nie zniechęciła i planowałam kupić którąś z pomadek z nowej matowej serii, która jest bardzo moja, ale po przemyśleniu tematu zdecydowałam, że lepiej nie ryzykować i zamówiłam kolejne pomadki Golden Rose. Oczywiście szminka lepiej się spisuje po wklepaniu palcem lub ściągnięciu części koloru po malowaniu, ale wtedy traci cały swój urok wynikający z głębi odcienia. 
Cena szminek od Inglot to około 21zł za standardowe opakowanie i 13zł za prostokątny wkład. 

Jak Wam się podoba?