Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balea. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Balea. Pokaż wszystkie posty

sobota, 17 stycznia 2015

Ulubieńcy roku 2014 pielęgnacja

Zapraszam na drugą część ulubieńców roku 2014, w której pokażę Wam absolutne hity z dość szeroko pojętej pielęgnacji ;)


Demakijaż i oczyszczanie
Od dawna mój demakijaż zaczynam od olejków, które zmywam ręczniczkiem namoczonym w ciepłej wodzie, takie uproszczone OCM. Do tej pory zawsze przygotowywałam swoją mieszankę olejków, ale prawdziwym hitem okazał się gotowy produkt z Kiko, który po prostu świetnie zmywa makijaż, również tusz i liner. Dalej oczyszczanie, w czym bezkonkurencyjnie prowadzi żel LRP Effaclar. Uwielbiam go za dokładne mycie, brak podrażnień i wysuszenia oraz tylko niewielkie ściągnięcie cery po użyciu. Z wspomagaczy natomiast najlepiej się sprawdzili dwufazówka Garnier do oczu oraz micele do całej twarzy Bourjois - ulubieniec od kilku lat oraz Loreal, odkrycie 2014, którego aktualnie nie mam w zapasach.


Pielęgnacja twarzy
W tej kwestii rzadko eksperymentuję i w ciągu roku poznaję tylko kilka produktów, ale większość z tych, które Wam prezentuję, pierwszy raz kupiłam właśnie w zeszłym roku. I tak na początek LRP Effaclar Duo jako najlepszy krem na dzień, a Avene Cleanance Expert na noc, za trzymanie niedoskonałości na dystans i lekkie nawilżenie, plus serum Dermedic, jeśli potrzebowałam czegoś ekstra. Dalej hity w pielęgnacji skóry pod oczami, czyli żel hialuronowy Balea i kremy pod oczy od Estee Lauder. Nie mogło zabraknąć także najlepszego balsamu do ust ever, czyli Carmex, najlepiej w wersji waniliowej. Na koniec produkty specjalne, czyli kwas Atrederm, chętniej w mniejszy stężeniu oraz żel z kolagenem Mizon, który używam pod krem na noc, dzięki czemu skóra była ładnie nawilżona, nie tłusta i lekko napięta.


Pielęgnacja włosów
Najlepszy szampon, który poznałam w zeszłym roku to produkt w kostce marki Ma Provence, a szczególnie wersja do włosów suchych, która świetnie oczyszcza i nie wymaga odżywki. Drugi szampon, który bardzo lubię i używałam codziennie w pierwszej połowie roku i nadal chętnie do niego wracam to Balea i ich podstawowa linia szamponów i odżywek, a szczególnie wersje limitowane. W kategorii odżywek wygrała jednak Maska Drożdżowa Babuszki Agafii, która może nie jest bez wad, ale zostawiona na noc sprawia, że moje włosy są odżywione, błyszczące oraz porządnie uniesione, a do tego pięknie pachną. Z produktów specjalnych nie mogło zabraknąć suchych szamponów Batiste, które po prostu koooocham! Do tego szampon koloryzujący Marion z pierwszej połowy roku oraz fantastyczny żel rozjaśniający z Loreal, dzięki któremu mam naturalny, chociaż dużo jaśniejszy kolor włosów i zero zniszczeń czy przesuszenia.


Pielęgnacja ciała
Moje absolutnie ulubione żele do mycia ciała to Balea, a wersja o zapachu kiwi ze zdjęcia to dla mnie najlepszy zapach ever ;) Poza tym na wyróżnienie zasłużyli też cukrowa pasta do depilacji za niezłą dokładność i najmniejsze obrażenia po użyciu, antyperspirant Garnier, o niebo lepszy od Vichy oraz balsam brązujący Mixa, który daje naturalny kolor i nawilżenie.



Inne
Poza powyższymi produktami chciałam Wam pokazać jeszcze 4 inne (jeden nie załapał się na zdjęcie...), bez których nie wyobrażam sobie również obecnego roku. Zacznę od wody termalnej Uriage, której może brakuje na zdjęciu, ale na co dzień jest zawsze ze mną. Uwielbiam po depilacji, do odświeżenia, do oczu, do zwilżenia pędzli i na poparzenia oraz inne urazy skóry. Kolejny hit to świetny płyn do soczewek ReNu, który skutecznie je oczyszcza, ale też dobrze nawilża, dzięki czemu w ogóle nie szczypią mnie oczy po ich założeniu. Dalej pasta Aronal, czyli dzienna wersja Elmex jeszcze niedostępna w Polsce, za świetną pielęgnację, ale też przyjemny smak. Na koniec olej rycynowy, bo kokosowy pokazali już prawie wszyscy ;) używam go do włosów, paznokci i rzadziej rzęs, a efekty w każdym zastosowaniu są niesamowite, jeśli tylko używa się go długo i systematycznie.

Miałyście któryś z tych kosmetyków? Dajcie znać jak u Was się sprawdził :)

wtorek, 6 stycznia 2015

Odkrycia grudnia

Zapraszam Was serdecznie na post z odkryciami grudnia, których tym razem będzie naprawdę dużo!

Grudzień był dla mnie zaskakująco długim i ciekawym miesiącem w całości skupionym wokół Świąt. W między czasie wpadło jednak do mojej kosmetyczki wiele nowości (post z większością zakupów grudnia klik), z których żadna nie okazała się rozczarowaniem, a kilka szybko zyskało miano ulubieńców. Dziś chcę Wam pokazać jednak produkty, których używałam już w pierwszej połowie grudnia, przed Świętami, czyli takie, które przetestowałam dłużej i dobrze. Dzięki temu też reszta wskoczy na styczeń, a ten post nie będzie się ciągnął w nieskończoność jak sam wstęp ;) no dobra, przechodzę do rzeczy ;)


Zacznę jednak niekosmetycznie, od malutkich pianek Haribo, które podpatrzyłam na Instagramie Sroki i które towarzyszyły mi przez cały grudzień. Wsypuję je do kawy, kakao czy gorącej czekolady i po prostu uwielbiam. Są malutkie, słodkie, również smakowo i świetnie wyglądają. Niestety dostanie ich to nie lada wyczyn. Mnie się udało w firmowym sklepie Haribo w Bonn, w Niemczech, a Wam polecam polować na Amazonie ;) cena 2€ za opakowanie, a pełna nazwa to Chamallows Minis.


Natomiast pierwsza rzecz kosmetyczna, która przychodzi mi na myśl w temacie odkryć grudnia to zdecydowanie paleta Smoky marki Zoeva. Jest fantastyczna! Kolory są ciemne, głównie matowe, niesamowicie napigmentowane, świetnie się rozcierają i w ogóle nie osypują. Totalnie moja, w dodatku w świetnej jakości, a więcej na jej temat pisałam już w tym poście.


Moim kolejnym absolutnym hitem od grudnia są pudry HD marki Inglot. Długo się przed nimi broniłam, bo przecież już mam świetny brązer Clarins i ten z NYX też mam i przecież nie potrzebuję kolejnego produktu do konturowania... aż w końcu zdecydowałam się na chłodny 505, a reszta była tylko kwestią czasu ;) Po nim dołączyły rozświetlające 503 i 501 oraz ciemny 509 z nowej kolekcji , a także róż o numerze 82 do kompletu. Pudry mają doskonałą pigmentację i konsystencję, łatwo się nakładają i rozcierają oraz długo utrzymują. Poza tym kolory są bardzo uniwersalne i idealne do konturowania. Basic & must have.


Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że miano hitu zyskała moja kolejna konturówka w żelu firmy Inglot. Jej złotą wersję pokazywałam w tym poście, a tym razem do kolekcji dołączył błyszczący brąz o numerze 96 z kolekcji jesiennej. Liner jest bardzo kremowy i świetnie się sprawdza zarówno jako konturówka jak i baza pod cienie. Miłą niespodzianką okazał się natomiast CC Cream od Bourjois, z którym nie wiązałam dużych nadziei, a okazał się więcej niż przyzwoitym produktem o niezłej trwałości. Rozczarowaniem jest jednak kolor - 32 Light Beige w drogerii wydawał się idealny, ale na żywo jest już minimalnie za ciemny. Poza tym jest świetną odpowiedzią na moje potrzeby: coś taniego, niezłego i żółtego.


Kolejne dwa produkty to mój najnowszy czyścik oraz pierwsza maseczka z Lush. Oba świetnie wywiązują się z obietnic producenta i znacznie umilają zabiegi pielęgnacyjne. Doo czasu, aż węgiel dostanie się pod powiekę, ale nie o tym ;) Dark Angels doskonale oczyszcza i odświeża cerę pozostawiając ją czyściutką i gładką oraz dobrze przygotowaną pod kolejne kroki pielęgnacyjne. Oatifix natomiast dobrze nawilża i koi skórę i otula zapachem zwłaszcza zimą.


Na koniec dwa równie dobre co tanie produkty marki Balea. Pierwszy z nich to krem do rąk, który może nie powala działaniem pielęgnacyjnym, ale za to zapach jest tak fantastyczny i podobny do kremów S&G, że sięgam po niego non stop, a to już działa zdecydowanie na plus. Drugi kosmetyk to balsam, a właściwie lekkie mleczko do ciała z olejkami. Ogólnie nie lubię tego typu kosmetyków, ale słyszałam o nim wiele dobrego, a w moich drogeriach DM go nie ma, więc musiałam go wypróbować gdy tylko zobaczyłam go na półce i w ogóle nie żałuję. Balsam jest bardzo lekki i szybko się wchłania, czego zwykle nie lubię, ale w tym przypadku nawilżenie i komfort używania są tak wysokie, że używanie go to sama przyjemność.

Napiszcie koniecznie co było Waszym odkryciem grudnia, a może nawet znacie któregoś z moich ulubieńców? 
Ja tymczasem zaczynam przygotowywać post z ulubieńcami roku, a to już niemałe wyzwanie ;)

niedziela, 4 stycznia 2015

Zimowy haul czyli zakupy grudnia

Witam Was po przerwie! 

Święta były zdecydowanie gorącym okresem, ale myślę, że mogę już powoli wrócić do blogowania, zwłaszcza, że już bardzo niedługo mój blog będzie miał roczek! Nie wierzę, że minęło już tyle czasu!, ale dziś nie o tym ;)
Po Świętach i Nowym Roku wracam z postem lekkim i przyjemnym, którego nie było tu już od bardzo, bardzo dawna, czyli haul! Po ogarnięciu tego wszystkiego i zrobieniu zdjęć na raty jestem pod wrażeniem, że niektóre z Was robią takie posty co miesiąc. Podziwiam!
Patrząc na zdjęcia widzę, jak dużo tego jest... Aczkolwiek kilka rzeczy jest dla Was i w sumie tylko tyle mam na swoje usprawiedliwienie ;) 


Na początek kosmetyki z Niemiec. Kremy do rąk, balsamy, ulubione pasty do zębów, żel pod oczy czy krem do stóp, szampon, żele pod prysznic i mały spray Adidas do kosmetyczki wyjazdowej. I oczywiście kolejna tubka Casting Sunkiss od Loreal, który absolutnie uwielbiam i muszę mu w końcu poświęcić osobny post ;)


Dalej słodycze i inne produkty bardziej czy mniej spożywcze ;) Obowiązkowo żelki i Oreo w białejj czekoladzie, syrop do kawy, świetna przyprawa Knorr i najlepszy płyn do mycia naczyń, czyli Fairy do zimnej wody. Na koniec antypoślizgowa mata do szuflady w toaletce.


Ostatnie zakupy z Niemiec to przede wszystkim Primark, gdzie uzupełniłam zapasy ulubionych rajstop 40 - 200 DEN oraz świątecznych, niesamowicie ciepłych i miziatych skarpetek. Poza tym na kolażu jest jeden z moich świątecznych prezentów, czyli 3 częściowa piżama z pluszową bluzą. Uwielbiam ją! Natomiast w lewym górnym rogu dłuższa taliowana koszula z elastycznego jeansu z Kik za całe 6€! i kilka nowych wosków YC na zimę. Ostatnio zupełnie mi się znudzimy ciężkie, słodkie zapachy wanilii i ciastek i stawiam na coś lekko kwaśnego, świeżego, ale nadal zimowego, a na święta koniecznie zapachy lasu ;)


Na koniec prezenty i zakupy z Polski. 
Rękawica Glam Glove i zestaw mini jajeczek BB to moje prezenty, które są absolutnie fantastyczne i z pewnością już niedługo doczekają się swojego postu. Kolejne hity i znów prezenty, ale tym razem na urodziny bloga, to palety i wkłady Inglot z nowymi pudrami do konturowania i różem. Poza tym kilka cieni również z Inglota i zaspokojenie potrzeby na turkus z Drogerii Natura. Niestety bez zaskoczenia okazało się, że taki makijaż owszem jest cudowny, ale moje oczy i karnacja fatalnie współgrają z tymi kolorami i używać ich mogę tylko na dolną powiekę...
Dalej podkład tani, dobry i żółty, czyli postanowiłam spróbować kremu CC z Bourjois i w ogóle nie żałuję. Dla mnie to świetny produkt do zabawy, gdy testuję coś w domu, ale w normalnym użyciu też nieźle się sprawdza. Do kompletu oczywiście kilka pomadek Golden Rose - 17 i 19 z linii matowej i fantastyczna 103 z Vision Lipstick. Na małym zdjęciu widać jeszcze pędzelek Zoeva z niemieckiego Glamour, który udało się upolować Mężczyźnie w 2 egzemplarzach, więc chętnie się podzielę ;)
Natomiast ostatnie zakupy grudnia zrobiłam w sklepie internetowym Visage Shop, który akurat miał promocję na większość produktów Zoeva i tak do toaletki wpadły kolejne dwie palety cieni - Naturally Yours oraz Rodeo Belle, skośny pędzel 235 oraz dwie fanomenalne kredki do oczu w kolorach Rock 'n' Roll Bride oraz Female Attrraction. Marka Zoeva to zdecydowanie moja marka numer 1 roku 2014, a więcej na ten temat już wkrótce :)

Tymczasem piszcie, czy miałyście któryś z tych produktów i jak się sprawdziły u Was :)

piątek, 14 listopada 2014

Kremy do stóp Balea

Pora wprowadzić odrobinę pielęgnacji w tym tygodniu! Najlepiej takiej porządnej i wartej polecenia, dlatego też dziś zapraszam Was na post o takiej jednej perełce i jej uzupełnieniu, czyli świetny zestawie do stóp od Balea.


Pierwszy produkt to krem z mocznikiem Balea Urea Fusscreme, który jest podstawowym punktem pielęgnacji stóp moich oraz mamy już od bardzo dawna. Krem zawiera 10% stężenie urea i jest po prostu świetny. Doskonale nawilża i odżywia, a przy regularnym stosowaniu sprawia, że stopy są dobrze nawilżone i miękkie. 


Konsystencja jest gęsta, treściwa i długo się wchłania, a czasami mam nawet wrażenie, że nie wchłania się do końca pozostawiając lekko tłusta powłokę na skórze. Z tego względu oraz mojego lenistwa używam go tylko na noc, najlepiej w komplecie ze skarpetkami. 


Drugi krem - Balea Schrunden Salbe - to produkt do zadań specjalnych. W jego przypadku stężenie mocznika wynosi aż 25%, a jak wiadomo:
Mocznik zastosowany w stężeniach powyżej 10% działa złuszczająco, reguluje rogowacenie naskórka, zmiękcza skórę oraz zwiększa przepuszczalność warstwy rogowej naskórka, dzięki czemu ułatwia wnikanie składników aktywnych w głębsze warstwy skóry.*


Ten krem polecany jest do stosowania głównie na miejsca szczególnie przesuszone i zrogowaciałe jak pięty, czy w moim przypadku śródstopie, jednak ponownie z lenistwa stosowałam go na całe stopy, zwykle nie codziennie. Efekt? Porządnie zmiękczona skóra przede wszystkim. Poza tym lekkie wygładzenie i odżywienie. Myślę, że stosowany dłużej i regularnie, ale miejscowo przyniósłby zdecydowanie lepszy efekt, jednak używany częściej na całe stopy powodował ich marszczenie jakbym dopiero co wyszła z długiej kąpieli. Mimo to byłam zadowolona z ogólnego efektu i na pewno jeszcze do niego wrócę.


Oba kremy dostępne są w drogeriach DM w cenie odpowiednio około 2 i 3€, ale wiem, że można je dostać także w polskich sklepach internetowych, jednak wtedy za wersję 10% trzeba zapłacić około 15zł. Dostępna jest również wersja 5% oraz równie dobry krem do rąk z tej serii. 

Gorąco polecam Wam obie wersje w zależności od Waszych potrze i oczekiwań, ale myślę, że nikt się na nich nie zawiedzie.

A jaki krem do stóp jest Waszym ulubieńcem?

* źródło BiochemiaUrody klik

czwartek, 8 maja 2014

Under shower, czyli mini recenzje produktów pod prysznic

Może zwróciliście uwagę, że na moim blogu w ogóle nie pojawiają się recenzje produktów typu szampon czy żel pod prysznic. W moim odczuciu kosmetyki tego typu mają tylko oczyszczać i nie szkodzić, więc póki nie będzie wielkiego hitu, o co w kwestii właśnie żelu czy szamponu raczej trudno, lub wielkiej porażki, nie zamierzam im poświęcać całego postu. Jednak oczywiście regularnie oczyszczam i peelinguję swoją skórę, więc zapraszam Was na zbiorczą recenzję produktów, które w mojej łazience są zawsze oraz jednej nowości, która zapowiada się zaskakująco dobrze :)


Podstawą są dla mnie żele pod prysznic, które mają oczyszczać, ładnie się pienić, nie wysuszać, a do tego ładnie pachnieć. Jak widać moim faworytem jest marka Balea ;) Te żele nie przesuszają mojej skóry, mają niesamowite zapachy i śmieszną cenę 0,65 - 0,95€, a do tego ciągłe edycje limitowane, więc nie sposób się nimi znudzić. Ten po prawej to wersja kremowa, wzbogacona olejkami, która rzeczywiście jest delikatniejsza od podstawowej. Poza nimi próbowałam również świetnych olejków pod prysznic oraz żeli z solą morską (?), które możecie zobaczyć tutaj. Z polskich marek uwielbiam dwufazowy olejek pod prysznic Joanna, po którym mam oczywiście złudne uczucie nawilżenia, a skóra w ogóle nie jest ściągnięta.


Nigdy w życiu nie używałam zwykłych peelingów do ciała. Zamiast nich stawiam na rękawice lub gąbki peelingujące, które używam praktycznie za każdym razem do mycia ciała zwykłym żelem. Poza tym lubię czasami wzmocnić efekt zdzierania i użyć żelu z peelingiem, najczęściej również od Balea. Ich ceny wahają się w okolicach 1€, mają sensowne, ale nieszkodliwe drobinki peelingujące, a do tego oczywiście bajecznie pachną.
Natomiast moim ostatnim odkryciem, które skłoniło mnie do tego postu, jest mój pierwszy peeling z solą z Morza Martwego o zapachu trawy cytrynowej, czyli Balea Totes Meer Salz Ol Peeling. 


Peeling jest porządnym zdzierakiem, chociaż mnie krzywdy nie zrobił, o fajnym krótkim składzie i świetnym zapachu. Po jego użyciu nie potrzebowałam dodatkowego nawilżenia, bo czułam się jakbym już nałożyła oliwkę lub inne olejki. Nie jest to produkt bez wad. Po pierwsze większość olejków w opakowaniu wypłynęła na wierzch, pozostawiając na spodzie mocno zbitą warstwę soli, przez co trzeba go na początek lekko wydrapać. Dla niektórych wadą może być też pozostałość tłustej warstwy, którą trzeba z siebie zmyć, albo wytrzeć w ręcznik, co mnie akurat pasuje, bo zawsze lubiłam nakładać oliwki na mokre ciało. Na koniec jeszcze jeden plus, czyli cena, w okolicach 3€. 

Chętnie poczytam jakie produkty zawsze można znaleźć pod Waszym prysznicem i jakich peelingów używacie :)

piątek, 24 stycznia 2014

O mojej pielęgnacji włosów

Od kilku lat czytam blogi, z których czerpałam całą wiedzę na temat pielęgnacji włosów. SLS? Silikony? te pojęcia były mi wcześniej obce ;) Po lekturze poszperałam w sieci, wyrzuciłam wszystkie produkty które zawierają te składniki i przeszłam na naturalną pielęgnację. Po jakimś czasie emocje opadły, a ja powoli wprowadzałam kosmetyki do włosów z wysuszającym SLS i oblepiającymi silikonami, które jak się okazało, wcale nie szkodzą mi tak, jak by się mogło wydawać.

Obecnie już wiem, że moje włosy są w dobrym stanie, a ich wygląd zależy głównie od wody. Niestety bardzo nie lubią tej z mojego obecnego miejsca zamieszkania. U rodziców wyglądają najlepiej, podobnie jak w Niemczech, ale tam szybko się przetłuszczają i tak dalej gdzie bym nie pojechała ;)

Podstawowa zasada dbania o włosy dla mnie to nie szkodzić. Lokówkę, prostownicę i suszarkę używam sporadycznie, nie więcej niż 2 razy w miesiącu. Zaplatam włosy w warkocz do spania, do kurtki i zawsze, gdy jestem w domu. Jeżeli chodzi o kolor, to od liceum włosów nie farbowałam, a jeśli już, to tylko szamponetkami, z których kolor utrzymuje mi się trochę ponad tydzień. Dla mnie wystarczy. 

Cały zestaw do pielęgnacji moich włosów
Daleko mi do dziewczyn, które przywiązują dużą uwagę do pielęgnacji włosów. Na powyższym zdjęciu zebrałam wszystkie produkty, które regularnie używam i wydaje mi się teraz, że jest ich mało ;) Część tych produktów (oleje) używam już od ponad dwóch lat, inne (szampony) od wakacji, a jedwab czy mgiełkę dopiero 2 miesiące. 

Całkiem niedawno spróbowałam metody OMO czyli odżywka - mycie - odżywka i okazało się, że to najlepszy sposób na moje włosy. Po takim myciu są gładkie, miękkie i błyszczące, na ile to możliwe w warunkach domowych. Czasami zdarza mi się umyć włosy normalnym szamponem, ale to rzadkość.

Włosy myję obecnie co dwa dni, a latem codziennie. Na produkty Balea długo nie zwracałam uwagi. Przekonała mnie dopiero kolejna przeczytana recenzja i spróbowałam, chociaż bez przekonania. Teraz minęło już ponad pół roku od pierwszego zakupu, a ja przywiozłam zapas.

Balea odżywka jedwabista gładkość figa i perła
Odżywka jedwabista gładkość figa - perła.  Stosowana zwyczajnie po myciu włosów ładnie je wygładzała, ale lepiej sprawdza się do pierwszego mycia. Nakładam ją na całą długość włosów i spłukuję.
To co dla mnie jest dużym plusem to zapach. Uwielbiam go. Z doświadczenia wnioskuję, że to perły ;)
Jest też niesamowicie wydajna! To moja pierwsza butelka, którą przez około trzy miesiące używałam tylko po umyciu, ale do końca jeszcze daleko.

Odżywka ma pojemność 300ml, a w Niemczech w drogerii DM kosztuje zawrotne 65 centów. W Polsce można ją dostać za około 6zł w sklepach internetowych.

Balea szampon do codziennego mycia włosów waniliowy
Po zmyciu odżywki dwukrotnie myję włosy szamponem ze zdjęcia. Podobnie jak odżywka nie zawiera silikonów. Obecnie używam limitowanej wersji zimowej do codziennego stosowania o zapachu wanilii. Wcześniej był wiśniowy zwiększający objętość włosów, a w kolejce czeka rozmaryn. 
Każda wersja dobrze się pieni, świetnie oczyszcza włosy (również z olejów), świetnie pachnie i jest tania. Nie oczekuję nic więcej od szamponów. 

Szampony Balea są w tej samej cenie co odżywka i tu również mamy niesamowity, chociaż nieznacznie chemiczny zapach.
 
Balea Professional odżywka do włosów brązowych
Po umyciu włosów używam kolejnej odżywki, również z Balea. Teraz mam wersję do włosów brązowych, w kolejce popularną z olejem arganowym. 

Wystarczy niewielka ilość tego produktu i włosy są miękkie i gładkie. Jeżeli nie przesadzimy z jej ilością to w żaden sposób nie obciąża. Sama nakładam ją od wysokości około uszu w ilości mniej więcej dwa razy większej niż na zdjęciu. Mimo koloru i złotych drobinek nie zauważyłam zmian w kolorze włosów w czasie jej używania. W tym przypadku zapach jest słabszy, ale jak zawsze przyjemny.

Pojemność szamponów i odżywek z tej serii to 200ml w cenie ok. 1,5 euro, a w Polsce ok. 12zł.

Powyższe produkty nie mają na celu odżywiania moich włosów. Chodzi tylko o to, żeby włosy były dobrze i delikatnie oczyszczone oraz dobrze wyglądały. Do odżywiania używam oleju kokosowego zmieszanego z rycynowym i czasami odrobiną arganowego oraz suplementów.

Oleje kokosowy i rycynowy
Włosy myję wieczorem i w pierwszy dzień po olejowaniu zawsze są lekko obciążone, ale po kolejnym myciu już jest wszystko w porządku. Olej kokosowy rozpuszczam w dłoniach i dolewam odrobinę oleju rycynowego, a potem nakładam je na całe włosy i skórę głowy począwszy od końcówek. Włosy zawiązuję w koczek i zakładam foliowy czepek, a na to czapkę. Chodzę tak przez co najmniej godzinę, nigdy na noc, a potem zmywam. Prawie regularne olejowanie sprawiło, że są bardzo miękkie i mocniejsze. Uwielbiam je dotykać ;)

Green Pharmacy eliksir ziołowy
Od jakiegoś czasu używam też wcierek (?). Obecnie jest to Eliksir ziołowy z Green Pharmacy. Po każdym myciu, gdy włosy są jeszcze mokre, spryskuję nim skórę głowy i wmasowuję. Na razie nie odnotowałam widocznej różnicy w ilości czy wzmocnieniu włosów, ale nie poddaję się. Patrząc na skład jest całkiem nieźle, więc na pewno zamierzam go wykończyć. Duży plus za to, że nie obciąża moich włosów. Kupiłam go na Allegro, za mniej niż 10zł.
Biosilk jedwab do włosów

Zimą do mojej pielęgnacji dołączył jedwab. Miałam jedna buteleczkę już dawno temu i pozbyłam się jej podczas akcji zero silikonów. Mimo, że potem zdarzało mi się używać odżywek i szamponów z silikonami, to jedwabiu nadal unikałam. Moje włosy są cienkie i ten zwykle je sklejał, bez względu na to, jak mało go użyłam.

Ta buleteczka wpadła mi do koszyka przy kasie w Biedronce. Kupiłam ją z zamiarem używania jesienią i zimą w celu ochrony końcówek i tak go stosuję. Nakładam go na ostatnie ok 2cm włosów gdy są jeszcze mokre. W takiej ilości nie widzę szkodliwego działania i może zostanie ze mną na cały rok.

Na chwilę obecną to tyle. Moje włosy są zdrowe i już bardzo dawno nie widziałam rozdwojonych końcówek. Odkąd mam grzywkę to regularnie używam do niej suchych szamponów, ale o nich innym razem.

Używałyście któregoś z tych produktów?