piątek, 7 lutego 2014

Jak przechowuję woski Yankee Candle

Dziś lekko, piątkowo i niekosmetycznie dla odmiany - tak, tak - ja też o woskach ;)
Od dłuższego już czasu widzę, że blogi zalane są postami o tematyce Yankee Candle. Sama nie zamierzam Wam pisać o cudownych zapachach, a tym bardziej próbować ich opisywać. Na temat wosków zaplanowałam dwa posty, takie, które moim zdaniem mogą się Wam przydać ;) Dziś pierwszy o tym, jak moje woski przechowuję.

Kilka przykładów ;)

Na powyższym zdjęciu tak naprawdę widać już prawie wszystko, co mam do powiedzenia ;) Poszczególne woski przechowuję w woreczkach strunowych, które można nabyć na Allegro, ale polecam zajrzeć do najbliższego sklepu papierniczego lub dla plastyków. Sama woreczki kupiłam w zawrotnej cenie około 3zł za 100 sztuk w 2 rozmiarach. Do mniejszych włożyłam już napoczęte egzemplarze, a do większych (6x8cm) te nieotwarte i tylko dziabnięte. 
Naklejki z samplerów przyklejam na woreczki. Jeżeli wosk jest dopiero napoczęty, to trzymam go w całym kawałku, natomiast te, których przynajmniej połowę zużyłam pokruszyłam do formy sypkiej. To co lubię w tych woskach, to łatwe dzielenie. Łamią się bez problemu, na dowolnej wielkości kawałki, ale przy tym zawsze się kruszą, co nie jest wskazane, jeżeli otwieramy je nad dywanem ;) Z tego względu rozdrobniłam je palcami, przez woreczek i w takiej formie dawkowanie do kominka jest łatwiejsze, a przy tym czyste i bezproblemowe. 

Cała kolekcja

Całą kolekcję natomiast przechowuję w metalowej puszcze z Ikea. Za kilkanaście zł kupiłam komplet puszek schowany w tej dużej ze zdjęcia. W sumie było tam chyba 7 puszek w różnych rozmiarach. W mniejszej, tej wewnątrz trzymam jeszcze nie otwarte woski. Do tego zawsze chowam w niej nożyk i zapalarkę, czyli taki mój mały zestaw przyborów.

Długo zwlekałam z zakupem woreczków i organizacją puszki, ale w końcu zdecydowałam się na szybkie działanie, gdy jeden z moich ulubionych zapachów znacznie stracił na intensywność po kilku miesiącach leżakowania bez zabezpieczenia. 

Pokażę Wam jeszcze moje ulubione zapachy. Chociaż są zupełnie różne, to jednak do siebie podobne. Zarówno Red Velvet jak i Black Cherry są mocnymi, intensywnymi zapachami, trochę ciężkimi. Zauważyłam, że często wybieram zapachy do nich zbliżone, za to w mojej kolekcji nie ma nic wiosennego czy letniego, ale zamierzam to nadrobić ;)

Ulubieńcy

Dodam jeszcze na koniec, że wolę woski od świec, ze względu na moim zdaniem intensywniejszy aromat. Mój dealer natomiast to stoisko Yankee Candle w Bonn, w Niemczech, gdzie jest dostępne większość kolekcji, a do tego często są promocje -25 lub -50%. Tak też kupuję większość zapachów, w cenie 90centów zamiast 1,8euro za sampler.

A jak Wy przechowujecie swoje woski i jaki jest Wasz ulubiony?

czwartek, 6 lutego 2014

Prawie jak pierwsi ulubieńcy czyli najczęściej używane w styczniu

Zabierałam się do tego posta jak pies do jeża, a sama nie wiem dlaczego. W końcu postawiłam warunek nie ma posta, nie ma spania, co jest świetnym wytłumaczeniem, żeby moje włosy mogły w końcu całkiem wyschnąć przed spaniem ;)*

Najczęściej używani w styczniu 

Bardzo lubię posty z podsumowaniami i ulubieńcami, ale ten nie jest całkiem taki. Gdybym miała określić styczeń pod względem kosmetycznym, to na pewno byłyby to zakupy i nowości. Dlatego też w tym miesiącu skupiłam się na testowaniu nowych zabawek oraz wykończaniu starych. Ulubione kosmetyki poszły na bok, a ja wiele się uczyłam, również pierwszy raz z filmików na youtube.

Zapraszam do krótkiej prezentacji kosmetyków, które najczęściej używałam w styczniu 2014. 
Pielęgnacji nie uwzględniam, bo ta u mnie jest raczej stała i zrobię na ten temat osobnego posta :) Zwłaszcza, że jest kilka hitów!


Na pierwszy ogień idą produkty do twarzy. Świetny kosmetyk, za którym nie szaleje, ale zawsze używam, to Dermacol Make - up cover, w roli korektora. Rano po chleb zdarzało mi się stosować tylko jego, w komplecie z pudrem i różem i zaskoczona przyznaję, że podoba mi się takie rozwiązanie raz na jakiś czas. W tym zestawieniu korektor znalazł się ze względu na idealnie dobrany pędzelek, o którym dalej.
Podkłady przewinęły się różne, ale postanowiłam wykończyć żelową wersję Rimmel Match Perfection Cream Gel Foundation w odcieniu 200. Najlepiej nam się pracuje wiosną i latem, ale była resztka, więc chciałam go zużyć i to po niego sięgałam najczęściej.
Pierwsza część miesiąca należała do pudru e.l.f. Complexion Perfection. Nie zachwyca mnie, ale że leżał w szufladzie zaniedbany, to postanowiłam się nim zająć ;) Później przyszedł Puder bambusowy z Biochemii Urody i to nim bawię się do tej pory. Byłby to bez wątpienia ulubieniec.
Teraz produkty na nowo odkryte, czyli bronzery i rozświetlacz. NYX blush w kolorze taupe to też nowość, a więcej o nim TU. Fantastyczny produkt, którego używam non stop i na pewno napiszę o nim więcej. Dalej był bronzer e.l.f. Warm bronzer, którym opalam całą twarz, czego wcześniej nie umiałam, a efekt niezmiennie mnie zachwyca. Osobny post na jego temat o TU. W każdym makijażu towarzyszył mi rozświetlacz z Bourjois Touche Illuminatrice, z serii popularnych róży, w kolorze 96 Rose Universel. 


Usta opanowały również dwie nowości. Pierwsza to pomadka z Maybelline w bardzo moim kolorze 220 Lust for blush, a druga to jej odpowiednik z Loreal Color Riche Balm 819 Carmel Comfort. Obie nie wykazują na moich ustach właściwości pielęgnacyjnych czy ochronnych, ale też nie szkodzą, a pięknie wyglądają. Szminki poszły na bok, chociaż zawsze wracałam do nich w chłodniejszych miesiącach
.
Kolejny powód nazwania posta najczęściej używanymi, a nie ulubieńcami, to paleta Sleek Au naturel. Zamówiłam ją, bo spodobały mi się matowe i naturalne kolory. Niestety to, co u innych mnie zachwyca, u mnie nie zawsze się sprawdza i tak było tym razem. Cienie może i zgrabne, ale jednak nie całkiem moje. Miałam też problem aplikacją i rozcieraniem matów. Z tego powodu też, odkąd ją dostałam była stałym elementem mojego makijażu, aż nie przyszły kolejne, najnowsze paletki ;) Po tym czasie muszę przyznać, że ją oswoiłam i polubiłam. Jestem w stanie wyciągnąć ją rano i na szybko zrobić bezpieczny, mój, makijaż. 

Regularnie też używałam MACzka Pro Longwear Paint Pot w cudownym kolorze Stormy Pink. Idealny jako baza i sam, a przede wszystkim świetnie pasują do niego fiolety z Garden of Eden. Uwielbiam jego i to połączenie.

Osobnym tematem są pędzle. Od grudnia pojawiło się u mnie bardzo dużo nowości, a te ze zdjęcia to na pewno jedne z moich ulubionych. Pierwszy od góry to fantastyczny pędzel do pudru Real Techniques Powder Brush, którym fantastycznie nakłada się puder - lekko, naturalnie i niewiele.  
Hakuro H24 na początku miesiąca wykorzystywałam do nakładania bronzera Honolulu, później do NYXa, a obecnie do różu. W każdym zastosowaniu na plus. 
Małą kuleczkę RT czyli Setting Brush początkowo używałam do rozświetlacza, ale wydaje mi się za twarda do theBalm, którego stałam się szczęśliwą posiadaczką, więc obecnie konturuję nią twarzy przy pomocy NYXowego taupe. Ostatnim ulubieńcem jest niepozorny ebayowy pędzel z chińskiego zestawu. Jessup? Zestaw składał się z 4 małych puchatych, bardzo delikatnych pędzli do makijażu oczu, które miały być odpowiednikami tych do twarzy. Kupiłam go z myślą o nakładaniu i rozcieraniu cieni, ze względu na ogromną popularność aukcji z tymi pędzlami. Po jakimś czasie okazało się, że doskonale się sprawdza do aplikacji korektora i tak też go używam. Dwa przeznaczyłam do oczu, dwa do korektora.


Na koniec tusze do rzęs, ponieważ bardzo się na nich skupiłam w styczniu. Czy Wy też nie możecie wykończyć tuszu? W moich zapasach czekają 4 nowe nieotwierane tusze do rzęs!! a ja dalej męczę te dwa z Max Factor. Dwóch innych już się pozbyłam, tłumacząc sobie że zgęstniały i nie ma co ich ratować, bo lepsze czekają. Fakt, że oba podratowałam Duraline, co chyba znacząco zwiększyło ilość produktu. Tak czy inaczej na moich rzęsach te dwa tusze (False Lash Effect Fusion Volume & Length oraz 2000 Calorie Dramatic Look) nie powalają, ale efekt jest bardzo dobry, więc zamierzam je wyzerować. Natomiast Wibo Growing Lashes Stimulator Mascara używam do dolnych rzęs i w tej roli świetnie się sprawdza. Na górnych nic specjalnego. Zapomniałam wrzucić osobnego zdjęcia małego tuszu z Sephory, który jest na głównym. Ten tusz teoretycznie nadaje się też do rzęs, ale to jakiś żart. Używam go do brwi i w tej roli spisuje się bardzo dobrze, ale też jest na liście do wykończenia, a cała nazwa to Mascara Cils & Sourcils Lash & Eyebrow Mascara. 

Uff to tyle. Niby takie nic, a jednak dużo się uzbierało. Z pewnością zrobię taki post w lutym, ale wtedy już z ulubieńcami. Jest dopiero 5ty dzień miesiąca, a kilka moich kosmetycznych romansów przeszło już w trwałe związki ;)

Używałyście któregoś z tych produktów?

* udało się, są suche i pięknie błyszczą ;)

środa, 5 lutego 2014

Prawdziwa miłość - Max Factor Miracle Touch

Podobno prawdziwa miłość jest wtedy, gdy kochamy mimo wad a nie za zalety. Tam było ze mną i tym produktem - absolutnie go uwielbiałam, chociaż średnio się sprawdzał w praktyce. Nie sprawdzał w czasie przeszłym, bo teraz nauczyłam się go używać, a może po prostu dostał idealnego partnera i pokazuje wszystkie swoje zalety.

Max Factor Miracle Touch

Dzisiejszym bohaterem jest podkład Max Factor Miracle Touch. brawa
W zeszłe wakacje szukałam lekkiego, ciemniejszego podkładu, który dopasowałby się do mojej pierwszej od dawna opalenizny. Zaczęłam od przeglądu niemieckich drogerii i przepadłam po pierwszym mizianiu tego testera. Zdecydowanie polecam zdotykać go przy najbliższej okazji ;)

Miracle Touch odcienie: 60 sand, 75 golden, 80 bronze

Od tego czasu uzbierałam komplet trzech (naj)ciemniejszych kolorów: 
  • 60 sand - beżowo - różowe tony, średni odcień
  • 75 golden - żółte tony, średni / ciemny odcień
  • 80 bronze - neutralno - żółte tony, ciemny odcień
Nigdy nie wybieram tak ciemnych kolorów, ale! On nie jest jak inne ;) Drugą rzeczą (po konsystencji) jaka mnie w nim urzekła, to możliwość rozcierania i stopniowania koloru. W przypadku wszystkich trzech odcieni, które posiadam możemy uzyskać delikatny kolor i lekkie krycie, więc na twarzy wcale nie są tak ciemne i intensywne jak w opakowaniu czy na swatchach. Ba! golden używam nawet teraz, w styczniu.
Golden i Bronze używam od wakacji, Sand dopiero dołączył

Gdzie i za ile
Podkłady Max Factor dostaniemy w Polsce w każdej drogerii, ale ceny i wybór kolorów są absurdalne. Jego koszt stacjonarnie to około 62zł, a przez internet dostaniemy go już za połowę tej kwoty. Opakowanie zawiera 11,5g produktu o cudownej konsystencji. 

Świeżutkie opakowanie.
Na lotnisku każą go pakować w torebkę plastikową...

Kosmetyk zapakowany jest w moim zdaniem bardzo ładne i zgrabne opakowanie. Średniej wielkości szklany słoiczek posiada plastikową nakrętkę, w której schowana jest (całkiem sensowna) gąbka. Każde z zakupionych przeze mnie opakowań było zaklejone naklejką z kodem kreskowym, więc mamy gwarancję, że nikt go przed nami nie macał. 

Miracle Touch na wizażu zbiera średnie oceny, a główny zarzut pod jego adresem to trwałość i wydajność, a raczej ich brak. Przyznam, że i ja nie byłam zadowolona z czasu, w jakim dobrze się prezentował. Po 2 godzinach miałam pewne świecenie, a po około 5 był ledwie widoczny. Wszystko zmieniło się gdy użyłam go z pudrem bambusowym z Biochemii Urody. Teraz po 4 godzinach nadal wygląda jak zaraz po nałożeniu, a później wystarczy bibułka i odrobina pudru żeby wytrwał kilka kolejnych godzin. Zawsze go lubiłam, ale rzadko używałam, a teraz inne podkłady poszły w odstawkę.

Od góry: światło od północnej strony, cień, południowe światło i na dole z lampą. Gruba, nie roztarta warstwa!

Co jeszcze w nim uwielbiam? Aplikację. Czasami dla przyjemności dotknę go palcem, ale tak nakładałam go tylko raz. Efekt pozytywny, ale odzwyczaiłam się od takiej formy aplikacji. Wolę pędzle i z nimi spisuje się doskonale. Przede wszystkim opakowanie jest wprost stworzone do kontaktu z pędzlem - szerokie i płaskie. Po drugie nie wchodzi we włosie, a wypranie po nim pędzli jest banalne. Najlepiej mi się z nim współpracuje przy pomocy Hakuro H50S, ale to kwestia wyłącznie sentymentu ;)

To jeszcze dla dowodu pokażę jak się prezentuje na twarzy. Na poniższym zdjęciu mam odcień 60 sand, który teoretycznie mi nie pasuje, ale świetnie się zgrał i przez pasek musicie mi uwierzyć na słowo, że nie widać różnicy z szyją. Swatche z poprzedniego zdjęcia mają na celu wyłącznie o zaprezentowanie kolorów i różnic między nimi, dlatego na ręce mam grubą, nie roztartą warstwę każdego koloru. Absolutnie nie używam go w takim natężeniu na twarzy :)

Na zdjęciu same hity z ostatniego tygodnia: podkład, Garden of Eden ze Sleek, sztuczne rzęsy e.l.f. i wiele innych, niestety trochę naświetlone przez dzisiejsze słoneczko (jupi!)

Pewnie nie u każdego sprawdzi się tak dobrze, ale ja jestem nim zachwycona i na pewno zawsze będzie u mnie w kosmetyczce. Na początku był maskotką, a teraz wyparł Revlona z roli pewniaka ;)
Moja cera jest mieszana, zwykle w kierunku tłustej, czasami z przesuszeniem, a on spisuje się doskonale, jednak myślę, że najlepiej wypadnie na cerach suchych i normalnych.

Dla podsumowania plusy w punktach, bo minusów nie widzę :)

+ konsystencja
+ lekkie krycie
+ delikatny kolor, łatwy do stopniowania i roztarcia
+ satynowe, naturalne wykończenie
+ łatwa aplikacja
+ u mnie trwały przy użyciu pudru bambusowego
+ nie zapycha i nie wysusza
+ jest lekki i nie czuję, że mam go na twarzy
+ opakowanie
+ bez utrwalenia szybko, ale ładnie i równo znika z twarzy
+ nawet bez pudru świetnie współpracuje z innymi kosmetykami - bronzer, róż czy rozświetlacz nie robią plam i ładnie się rozcierają

Moja ocena 6 - hit i prawdziwa miłość ;)
gdzie 1- porażka, 6 - hit