poniedziałek, 17 lutego 2014

NYX blush Taupe recenzja i reszta kolorów z policzka ;)

Głównym bohaterem dzisiejszego posta jest produkt, za którym długo się uganiałam, a jak na złość nigdzie go nie było. W związku z tym, gdy w końcu udało mi się go zamówić, oczekiwania były już bardzo duże. Czy sprostał? O tym dalej ;) A bohaterem tym jest NYX Blush, w kolorze taupe.


Od ponad miesiąca używam go codziennie, do każdego makijażu i stał się w tym czasie absolutnym niezbędnikiem. Myślę, że po takim czasie i częstotliwości używania najwyższy czas na recenzję. 

Gdzie i za ile
I tu jest problem. Teoretycznie na cocolita.pl, ale z tego co widziałam, to krótko po tym jak zamówiłam mój egzemplarz, już go nie było. Nadal teoretycznie na Allegro, ale rzadko się tam pojawia. W praktyce ebay i sklep NYX w Warszawie, ale tam jest znacznie droższy. 
Cena różna, ale waha się w okolicach 30zł za 4g produktu.

Na dłoni prawie niewidoczny, pierwszy z lewej strony, dalej róż W7 Africa, rozświetlacz theBalm Mary - Lou Manizer i bronzer W7 Honolulu

Zacznijmy od krótkiego opisu. Marka określiła go jako róż i w tej linii jest dostępny, jednak uważany jest za bronzer. Wyjątkowy jest jego kolor - taupe. Siny, zimny, brąz bez pomarańczu, czerwieni, z odrobiną brudnego różu. Oczywiście matowy. Nie jest to produkt w typie bronzera z e.l.f., o którym pisałam TU. Nie uzyskamy nim efektu opalenizny i ocieplenia cery, a jedynie naturalny cień. Dlatego idealny jest do konturowania.

Etapy konturowania

Myślę, że najlepiej będzie go pokazać w akcji. Na powyższym zdjęci w lewym górnym rogu widać gotowy makijaż z nagimi policzkami. Na zdjęciu obok z samym taupe. Lewy dolny róg to zdjęcie z dołożonym różem, a na ostatnim mam też rozświetlacz. Na koniec wykonturowałam resztę twarzy bronzerem Honolulu, ale o tym dalej ;)

Sam NYX - mój basic

Nie wyobrażam sobie makijażu bez bronzera NYX taupe. Pięknie podkreśla kości policzkowe, a jeśli te nie są wyraźne, to pozwala je stworzyć. Nałożony w okolice nosa ładnie wysmukla. 
Najczęstszy zarzut jaki pojawia się pod jego adresem, to że nadaje się wyłącznie do bardzo jasnych cer. Absolutnie się z tym nie zgadzam. Mojej karnacji daleko do Śnieżki, a spisuje się idealnie. Jest widoczny i ładnie zgrywa się z odcieniem, chociaż jest ciepły. Ale to jeszcze nic. Wypróbowałam go na mamie, która ma znacznie ciemniejszy odcień i wyglądał idealnie! Fakt, trzeba wtedy dołożyć kilka warstw, ale efekt jest niesamowity.
Jeszcze raz wrzucę Wam zdjęcie z Makijażu po Polsku. Po lewej makijaż z samym różem, po prawej z NYXem i rozświetlaczem.

Makijaż po Polski, po prawej efekt NYX
Istotny jest pędzel. NYX jest twardy, mocno zbity i miękkim pędzlem trzeba się długo bawić. U mnie najlepiej sprawdza się z małym jajeczkiem od Real Techniqes. Nanosi się na twarz bez problemu i precyzyjnie rozciera.

Z różem

Po nałożeniu NYX pod kość policzkową dokładam odrobinę różu W7 Africa na jabłuszka za pomocą miękkiego pędzla Hakuro H24. Efekt jest subtelny, a twarz ożywiona. 

Z rozświetlaczem

Dalej nakładam rozświetlacz Mary - Lou Manizer z theBalm na szczyty kości policzkowych, grzbiet nosa i odrobinę nad środek górnej wargi. Od samego początku używam do niego wyłącznie pędzla z zestawu Duo Fiber Real Techniques. Przygotowałam już zdjęcia do posta o tym zestawie i miałam trochę ponarzekać, ale dziś, przy robieniu swatchy i pierwszym dotknięciu rozświetlacza palcem doceniłam te pędzle i efekt jaki pozwalają uzyskać. Totalnie mnie kupiły.

Wykończony bronzerem
 
Makijaż twarzy wykańczam bronzerem Honolulu od W7. Przy użyciu największego pędzla z wspomnianego zestawu delikatnie omiatam czoło przy linii włosów, podbródek i policzki rysując trójkę. Chociaż ten produkt również uznawany jest za idealny do konturowania, to jednak ładnie ociepla moją twarz i dodaje koloru i trójwymiaru, a przy tym jest matowy.
Żeby lepiej pokazać Wam efekt, jaki uzyskuję pobawiłam się trochę kontrastem, który uwydatnił kolory i efekt. 

Całość z rosnącym kontrastem

Podsumowując bronzer NYX:
+ kolor - idealny do konturowania
+ odcień odpowiedni do cer ciepłych i zimnych
+ idealny do jasnych cer, ale przy kilku warstwach świetnie się sprawdza też dla ciemniejszych
+ nie osypuje się
+ pozwala uzyskać naturalny efekt cienia
+ kolor można stopniować i dobrze się rozciera
+ długo się utrzymuje, nie blednie, nie znika w ciągu dnia
+ świetna wydajność- na powyższych zdjęciach widać go po mocnej eksploatacji przez ponad miesiąc
+ solidne, proste, ale zgrabne opakowanie
+ całkiem przyjemna cena

+/- jest mocno zbity i przy miękkim pędzlu trzeba się namachać
- dostępność, z tą niestety ciężko :(

Gorąco Wam go polecam! 

Czego Wy używacie do konturowania?
Ponieważ jestem w trakcie kompletowania koszyka z zamówieniem, a ten produkt obecnie jest  dostępny, a sama szczerze go polecam i zachwalam, to zastanawiałam się nad zamówieniem jednego dla Was. Jesteście zainteresowane?

sobota, 15 lutego 2014

Makijaż słodkie walentynki

Kolejny szybki, krótki post weekendowy z makijażem. Tym razem taki, do którego zupełnie nie byłam przekonana, bo jakoś nie mojo. Jednakże! Odpowiednie kosmetyki miałam, nadarzyła się też okazja do wykorzystania różowego Color Tattoo ambitniej niż solo, więc jest. U mnie nie tyle wersja walentynkowa, co na wyjście do gminy ;) Tak, mieszkam na wsi. Takiej półprawdziwej, gdzie z jednej strony krowa (z 10 w gminie się uzbiera), a z drugiej dom wartości 4 sąsiednich ;) Jak już go zmalowałam i trochę pochodziłam, to nawet mnie do siebie przekonał ;)

Aparat zjada kolory, a przy takim skupieniu marszczę czoło...
Makijaż wykonałam w oparciu o post na blogu KatOsu i stamtąd też zaczerpnęłam nazwę. Moja wersja to bardziej inspiracja niż odwzorowanie (na żywo bardziej podobna i błyszcząca). Zdecydowanie wolę makijaże krok po kroku w zdjęciach niż filmiki, chociaż i na youtube się ostatnio pojawiam ;) Żeby formalności stało się zadość, a Wy mogłyście zobaczyć doskonały oryginał wklejam linka, o TU. Niestety róży do pozowania nie mam ;)
Jak się dobrze przyjrzeć, to na kości policzkowej widać rozświetlacz theBalm. Można też zauważyć, że coś dziwnego dzieje się z  moimi rzęsami, a zbliżenie na poniższym zdjęciu. 

WTF?

Nie jestem jeszcze pewna, czy to wina odżywki Eveline (na wszelki wypadek dostała dwie kropelki Duraline), czy tuszu do rzęs (kaloryczny Max Factor wylądował dziś w koszu), ale bardzo możliwe, że trochę podupadły przez ostatnie zabawy sztucznymi firankami. Na zdjęciu nie widać tego tak dokładnie, ale w rzeczywistości jest ich jakby koszmarnie mało. Do tego przy malowaniu bardzo się sklejają i w efekcie mam 10 rzęs na oku, a w niektórych miejscach przerwy, jak na zdjęciu po lewej stronie. To nie jest tak, że pomalowałam, tak wyszło i już. Próbowałam je rozczesać szczoteczkami (silikonową i zwykłą) a nawet wykałaczką, a ta przerwa została :/

Jaki makijaż wybieracie na walentynki? Obchodzicie w ogóle to święto?

piątek, 14 lutego 2014

Dermedic Hydrain 3 Hialuro serum nawadniające

Witajcie!

Dziś Walentynki i blogi (pozytywnie!) zasypane są postami o tej tematyce i sama też przygotowałam makijaż na podstawie walentynkowej propozycji KatOsu, ale ten będzie jutro, a dziś coś zupełnie nie na temat ;)

Już Wam kiedyś chyba wspomniałam, że pielęgnacji będzie u mnie mało, bo mam swój sprawdzony zestaw kosmetyków i rzadko przewija się coś nowego, o czym mogłabym regularnie pisać. Jednak od tej pory w łazience zamieszkało kilka nowych produktów, a i z tych pewniaków jest kilka takich, o których warto napisać.


Na początek chciałabym Wam napisać kilka słów o świetnym nawilżaczu, który idealnie wpisał się w moje zimowe potrzeby. Bohaterem dzisiejszego posta, jest Dermedic Hydrain3 Hialuro - Serum nawadniające twarz szyję i dekolt. 
Jak to często bywa, kupiłam go przy okazji. Powoli rozglądałam się za czymś lekkim, najlepiej serum, ale dobrze nawilżającym, a na Dermedic trafiłam podczas promocji na zestawy świąteczne w Super Pharm na początku stycznia. Przeczytałam kilka pozytywnych opinii w internecie i wrócił ze mną do domu. W zestawie było właśnie to serum oraz krem pod oczy, a całość w cenie około 35zł. 


Teraz widzę, że opis z opakowania słabo widać, więc jeżeli ktoś chce zdobyć więcej informacji, to odsyłam o TU na stronę producenta (serum na samym dole strony), oraz na wizaż. Z mojej strony dorzucę skład.

Skład: Aqua, Sodium Hyaluronate, Hydrogenerated Polydecene, Caprylic / Capric Triglyceride, Glycerin, Prunus Amygdalus Dulcis (Sweet Almond) Oil, Squalane, Cyclopentasiloxane (and) C30-40 Alkyl Ceteareth Dimethicone / Crosspolymer, PEG-20 Methyl Glucose Sesquistearate, Glyceryl Polymethacrylate (and) Glycoprotein (and) Yeast Extract (Faex Extract) (and) Aleuritic Acid, Tocopheryl Acetate, Polyacrylamide (and) C 13-14 Isoparaffin (and) Laureth-7, DMDH Hydantoin (and) Methylchloroisithiazolinone (and) Methylisothiazolinone, Parfum


Opakowanie
Standardowo. Produkt kupujemy zapakowany w kartonik, na którym znajdują się wszystkie niezbędne informacje. Wewnątrz znajdziemy buteleczkę z niebieskiego matowego szkła z zakraplaczem. Bardzo zgrabnie i wygodnie, ale moim zdaniem aplikator dozuje za mało produktu. Żeby wystarczyło mi na twarzy i szyję potrzebuję dwóch zaciągnięć. Niby żaden problem, ale wyjątkowo zwróciłam na to uwagę ;)

Gdzie i za ile
Serum dostaniemy w aptekach stacjonarnych oraz internetowych, a jego cena to 27 - 50zł w zależności od apteki, zatem na pewno warto polować na zestawy, a  mój widziałam jeszcze kilka dni temu w SP. Pojemność 30ml.

Konsystencja
Tak jak widać na zdjęciu konsystencja jest rzadka, półpłynna, ale nie przysparza problemów przez spływanie, raczej dzięki temu łatwiej się aplikuje i rozciera na twarzy. 
Zapach delikatny, świeży, ogórkowy, albo do niego zbliżony. Nie nachalny, ale wyczuwalny. Jeżeli ktoś nie lubi, to może przeszkadzać.
Dobrze się wchłania, ale na mojej cerze pozostawia delikatną warstwę aż do rana.

Działanie
Dochodzimy do najważniejszego. Serum kupiłam ze względu na spory spadek nawilżenia mojej cery w okresie zimowym. Potrzebowałam czegoś, co nawilży i ukoi, a przy tym nie natłuści, nie zapcha i nie spowoduje przetłuszczania. Od razu mogę powiedzieć, że serum się sprawdziło, ale przy odpowiedniej metodzie stosowania. Przez pierwsze 3 dni używałam go codziennie wieczorem, dzięki czemu moja twarz odzyskała odpowiednie nawilżenie i była taka świeża, promienna, zdrowa. Jednak po trzech dniach zaczęła się szybciej przetłuszczać i świecić od rana. Obecnie stosuję go co trzeci dzień, zamiennie z kremem z kwasem migdałowym z Pharmaceris. W ten sposób nadal osiągnęłam odpowiednie nawilżenie, dobry wygląd i gładkość, ale bez nadmiaru. Widzę też różnicę w wchłanialności. Gdy skóra była spragniona, to serum wchłaniało się przez noc do zera, jeśli już go nie potrzebuje, to warstwa na twarzy zostaje do rana, a później szybciej się błyszczę.


Czy tak naprawdę mogę mu coś zarzucić? Myślę, że troszkę wydajność. Na powyższym zdjęciu widać ilość produktu, którą zużyłam w równy miesiąc. Ok, powiecie, że to bardzo sensowna ilość i zgodziłabym się, gdyby nie fakt, że używam go właśnie co trzeci dzień i tylko do twarzy i szyi, a do tego raczej skromnie (zazwyczaj lubię raz na jakiś czas użyć gęstego, treściwego kremu na noc w dużej ilości, ale z nim tak nie robię ;)).

Podsumowanie, w wygodniej formie plusów :)
+ konsystencja
+ delikatny, niemęczący zapach
+ dobrze się wchłania
+ świetnie nawilża
+ nie zapycha
+ nie przetłuszcza używany nie codziennie 
+ wygładza
+ ożywia i zostawia cerę promienną
+ długotrwały efekt - używam go raz na 3 dni i wystarcza

+/- wygodny, ale dla mnie za mały aplikator  
+/- wydajność

Moja ocena 5+ -naprawdę dobry produkt
gdzie 1- porażka, 6 - hit

Używałyście serum Dermedic albo innych produktów z tej serii? 
Przy okazji życzę Wam udanych Walentynek!